Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 5 października 2017

Deszczem w oko - Skandynawia - 21


Tym razem spało się beznadziejnie, nasze podkrążone oczy wyraźnie wskazywały, że noc nie należała do najspokojniejszych. W związku z tym zbieranie gratów szło wolniej niż zwykle, nawet mocna kawa niewiele pomogła, ale w końcu zebraliśmy nasz dobytek i ruszyliśmy do recepcji, aby uiścić wreszcie opłatę za nocleg. Niestety i tym razem nikogo nie zastaliśmy. Z niemałym wyrzutem sumienia odjechaliśmy niczym dwa podstępne złodziejaszki. Tak wiem, powinniśmy się cieszyć, że euro zostało w kieszeni, ale mamusie zawsze uczyły nas uczciwości i nie raz przez to mieliśmy w życiu pod górkę, za to sumienia czyste.

Trasa do Helsinek przeraźliwie nam się dłużyła. No nic się nie działo, nawet zwierza na drodze nie uświadczyliśmy. Jedno wielkie nic. Jedynym zabawnym akcentem była miejscowość Sikajoki, ponieważ akurat przejeżdżając przez nią poczułam potwornie mocną potrzebę skorzystania z toalety. Nazwa adekwatna do konieczności. :)

Wreszcie dotarliśmy do stolicy, a GPS poprowadził nas przez samo centrum do kempingu. Lekko umordowana ogromnym ruchem i nudną drogą, cieszyłam się, że to już koniec. Niestety w miejscu, do którego dotarliśmy był tylko park. Westchnęłam ciężko i gdybym miała luźniejsze rękawy pewnie bym je zakasała do dalszej walki z miejską dżunglą. Dwa kolejne miejsca również okazały się zmyłą. Po raz pierwszy na tegorocznym wyjeździe zrobiło mi się niebywale gorąco... .Ubrana na cebulkę wojowałam na każdych światłach z niewchodzącą jedynką. Ręka bolała od sprzęgła. Szara droga co chwile upstrzona w przejścia dla drepczących pieszych zaczynała doprowadzać mnie do furii. Słońce jak na złość bezlitośnie grzało akurat teraz, a i silnik mojego Trampeczka zapewniał nie lada ciepło. Wreszcie padliśmy w cieniu pod jakimś budynkiem w strefie ekonomicznej. Byliśmy okrutnie głodni, zmęczeni i śmierdzący. Sytuację ratowała paczka żelków kupionych jeszcze w Szwecji. Nagle proste olśnienie .... Przecież mamy znajomych z dostępem do internetu! Zadzwoniłam do kochanej Dorotki, aby wysłała nam esemesem listę funkcjonujących biwaków.  Dziewczyna zadziałała jak błyskawica, a my sprawdzaliśmy tylko, do którego mamy najbliżej. Dzięki Bogu niecałe 3 kilometry dalej znaleźliśmy ukojenie. 

Po cudownie ożywczej kąpieli, zaszliśmy do sklepu i zaopatrzyliśmy się w furę mięcha i aromatycznego piwa.  Będzie biba! Wprawiliśmy obozowiczów w niemałe zaskoczenie, bo oto mój Małżonek po raz kolejny odpalał jednorazowego grilla ... kuchenką gazową. Polak potrafi, niby nic, a jednak. :)

wtorek, 3 października 2017

Deszczem w oko - Skandynawia - 20



Ale wybornie się spało! Żadnego szumu ulicy, płaczących dzieci, szczekających psów, tylko cisza i ciężki oddech śpiącego Męża. Miny nam zrzedły, gdy otworzyliśmy materiałowe drzwiczki namiotu. Chmura na chmurze, poganiała chmurę... .Spojrzeliśmy tylko na siebie znacząco, ale żadne nic nie powiedziało. Szybko zwinęliśmy obozowisko pamiętając, by zabrać śmieci i mieć pod ręką już mocno umęczone przeciw deszczówki. 

Na szczęście po dłuższej jeździe wyszło piękne słońce, a my skorzystaliśmy z wszystkich dostępnych "wygód" stacji benzynowej.  Zatankowaliśmy, skorzystaliśmy z czyściutkiej toalety, zjedliśmy ichniejszego burgera z mięsem, które później męczyło nasze żołądki do samego pójścia spać, a także... skorzystaliśmy z internetu. Tak wiem jesteśmy paskudnymi dziećmi technologii, ale oprócz meldunku dla rodziny i przyjaciół, chcieliśmy dowiedzieć się, co w owej Finlandii można zobaczyć. Tak bardzo napaliliśmy się na zwiedzanie Norwegii, że nawet nie przeszło nam przez myśl, że w obawie przez zamarznięciem, będziemy uciekać na wschód. Niestety kiepsko nam szło wyszukiwanie informacji, wszędzie tylko wieść, że natura najpiękniejsza, ale bez większych konkretów. Internety zachwalały też kilka miast, między innymi stolicę. Stwierdziliśmy więc, że jedziemy do Helsinek, zostaniemy na dwa dni, odpoczniemy nieco od drogi, pozwiedzamy i ruszymy do domu.

Natura rzeczywiście fajna, nie tak zjawiskowa jak na zachodzie półwyspu skandynawskiego, ale urocza. Ogrom sosen i poukrywane wśród nich jeziorka.... i to wszystko. 300 kilometrów z Oulu do Kuopio, a drogi, na nasze nieszczęście proste jak stół, nudy jak diabli. Nawet jednego malutkiego zakrętu. Trzeba było znaleźć sobie zajęcie.  O dziwo nie chciało mi się śpiewać, dlatego też wymyślałam co chwila nową grę: pierwszą z nich była zabawa w "Państwa-Miasta" z samym sobą ciężko, toteż każdą kategorię rozpatrywałam wobec całego alfabetu, ( jak zwykle najgorzej szły rzeki) . Gdy skończyły się kategorie wymyśliłam, że będę liczyć ogromne grzyby wystawiające swoje kapelusze na publiczny widok tuż przy drodze. Na odcinku 20 kilometrów  spostrzegłam 11, jednak ta rozrywka dużo szybciej zrobiła się potwornie nużąca. Potem kombinowałam jakie to jeszcze pozycje można przyjąć podczas jazdy motocyklem, ale kilka niefortunnych ruchów odwiodło mnie od dalszych prób ;). 

Roboty drogowe, wahadełko i światła. Chwilę wcześniej wyprzedził nas fiński motocyklista, ale spotkaliśmy się na owym zastoju. Zszedł ze swojego moto i zagadnął łamaną angielszczyzną. Pomyślałam, że zapytam gościa co zobaczyć w okolicy. Może właśnie przejeżdżamy obok czegoś wyjątkowego i nawet o tym nie wiemy?! Otworzyłam kask, ściągnęłam z twarzy buffa, a Pan Fin krzyknął: " O!!! kobieta?!" Czyżby fińskie amazonki nie istniały skoro takie zdziwienie? Podbiegł do mnie zaciekawiony, ale mój potok słów ewidentnie zalał Pana Fina i zamilkł na kilka sekund po czym zaczął wymieniać kraje, które odwiedził. Nie chciało mi się już dalej drążyć tematu, zresztą i tak zapaliło się zielone światło. Pozdrowiliśmy się energicznym machnięciem ręki i ruszyliśmy dalej.

Arcynudna, monotematyczna, szara wstęga męczy kierowcę bardziej niż cokolwiek innego, przynajmniej mojego Małżonka i mnie, więc gdy już kompletnie mieliśmy dość zjechaliśmy na najbliższy kemping. Bardzo sympatyczny, cudnie położony, bo nad rzeką, ale nie mogliśmy się doszukać nikogo na recepcji. Cóż, zapłacimy rano. Przemiły pan Rowerzysta niewiadomego pochodzenia, obok którego rozbiliśmy namiot, objaśnił nam kilka kwestii dotyczących opłat i umiejscowienia sanitariatów. Zagadnęli nas również Węgrzy, którzy cała rodziną zdobyli Nordkapp i pokręcili się odrobinę po Skandynawii w wakacyjnym szale. Najmniejsza z ekipy dziewczynka bardzo chciała dosiąść, któregoś z naszych Trampków, niestety jej nieśmiałość zwyciężyła i mimo zachęt nie spróbowała.

wtorek, 26 września 2017

Deszczem w oko - Skandynawia - 19







Zaopatrując się w sklepie na artykuły kolacyjne znów poszaleliśmy. Wydaliśmy jakieś 150 złotych na jednorazowego grilla, kiełbasę, chleb i piwo. Rozpustnie do koszyka dodaliśmy jeszcze kończący się już ketchup, żelki i czekoladę. A co! Ze śniadania został nam jeszcze słoik konserwowych ogórków. Po 2 tygodniach chińskich zupek i pasztetów, taka kiełba z grilla, oj to będzie coś. Mojego Małżonka zaczepił ktoś łamaną polszczyzną. Ukrainiec, który twierdził, że świetnie mówi w naszym języku tęsknił chyba za domem. Opowiadał nam jakąś skomplikowaną historię, i choć nasza mowa ojczysta jest zbliżona, niewiele z niej zrozumieliśmy. Szczerzyliśmy się tylko, by nie dać po sobie poznać, że nie mamy pojęcia o czym Pan tak ładnie do nas mówi. Na zewnątrz, inni Ukraińcy niespiesznie palili papieroski, a zobaczywszy nas uśmiechy wręcz automatycznie pojawiły się na ich twarzach. Ręce każdego z Panów sine od pracy, zbierali bowiem jagody, więc sok zostawiał bezczelny ślad na ich dłoniach. Pocieszający jest fakt, że zdecydowanie szybciej w tych lasach zebrać te drobne owoce, dlatego też ich 5 litrowe, plastykowe kubły, były wypełnione nimi po brzegi.  

OOO... . Finlandia?! Zatrzymaliśmy się przy znaku informującym , że właśnie wkroczyliśmy na terytorium państwa, i gdy przymierzaliśmy się do selfie, czwórka turystów z Hiszpanii dobiegła do nas. Gestami próbowali przekazać, że fota za fotę, my im, a oni nam. Wymieniliśmy też kilka słów: "You from?"  "Poland" " Oh. Cracow - beautiful, Ałic"- oczywiście chodziło Panu o Auschwitz, a mówiąc udawał, że płacze i wyciera łezkę z policzka. 

Robiło się późno, czas znaleźć jakieś miejsce na nocleg.  Ponieważ pogoda rewelacyjna, postanowiliśmy spać na dziko. Jednak każda leśna dróżka prowadziła do coraz to większej willi ukrytej wśród drzew. Błąkaliśmy się dłuższy czas, jedna ze ścieżek wiodła nad sam brzeg pięknego jeziora i już witaliśmy się z gąską, gdyby nie pałac, który wyrósł zza krzewów po prawej stronie. Uzgodniliśmy, że spytamy o zgodę na rozbicie namiotu, w sumie woda  dobre 500 metrów od domu, może się zgodzą. Na podjeździe stał wielki, odrestaurowany Chrysler i  nieduży jacht, w otwartym garażu było widać quada, a przeszklona weranda ukazywała bogactwo wnętrza. Hm... chyba nie ma szans. Po dłuższej chwili, drzwi otworzyła nam młoda dziewczyna, a zza niej złowieszczo ruszyły w nasza stronę dwa białe west terriery. Tak jak pomyślałam, a to teren prywatny, a rodzice się nie zgodzą... . No dobra, zabraliśmy się z podjazdu próbując odkleić się od obłaskawionych już psów.

Ziółek przestał się ceregielić, wjechał swoim Trampkiem przez las, wcześniej każąc mi zaczekać. Po kilku minutach wrócił po mnie i krzyknął tylko: "Dawaj!" Piękna polana, idealna na biwak. Zaparkowaliśmy i zdjęliśmy kaski, a nasze głowy obrosły w wielką komarzą poświatę. Galopem próbowałam odnaleźć w otchłani kufrów spray na robale, ale pchające się do oczu i uszu owady nieco utrudniały sprawę. JEST! Cały grillowo-fiestowy wieczór spędziliśmy w ich otoczeniu, ale lepsze takie towarzystwo niż niedźwiedź. :)

poniedziałek, 25 września 2017

Deszczem w oko - Skandynawia - 18




Ostatkiem sił dotoczyłam się na kemping. Sauna w sanitariacie! Po takim przemarznięciu od razu chciałam się w niej znaleźć. Niedbale rzuciłam graty na ławeczkę i ruszyłam, by sprawdzić czy aby na pewno działa, czy nie potrzeba jakichś cudownych monet do jej uruchomienia. Niestety była już wygaszana i nie przyniosła mi upragnionego ciepełka, spóźniłam się jakąś godzinę na tę przyjemność. Zupełnie za darmoszkę można było sobie w niej bezkarnie siedzieć codziennie od 17.00. Za to gorący prysznic, spod którego kompletnie nie miałam ochoty wychodzić, nieco załagodził sprawę.

Kiruna ( w której podobno czerwonowłosy Wiśniewski brał ślub z Mandaryną) była nadzwyczaj cicha jak na spore miasto. Leży na brzegu jeziora Luossajärvi, u podnóża gór Kiirunavaara i Saragossa, w których wydrążone są kopalnie rudy żelaza. Obecnie jedynie złoża Kiirunavaary (ponoć najrozleglejsze na świecie) są eksploatowane. W nieużywanych podziemnych chodnikach uprawia się grzyby shiitake oraz znajduje się muzeum kopalni. Istnieje tu też Instytut Geofizyczny, w którym naukowcy zajmują się badaniem zorzy polarnych. Jest to również ośrodek narciarski, kilkakrotnie organizowano tu zawody Pucharu Świata.

 Bardzo rześki i wietrzny, ale SŁONECZNY poranek. Statystycznie w środku lipca jest tu zaledwie 12 stopni, nic więc dziwnego, że panował chłodek. Nie to było istotne. NIE padało.  Humorki od razu skoczyły na wyższy level. Nauczona, że w tych rewirach pogoda jest tak zmienna jak kobiety, dla pewności założyłam na stopy nieużywane nakładki na rękawice. ( grube, ciepłe i chronią przed wilgocią, tym bardziej, że buty nie do końca wyschły, a nakładki nie miały szans w starciu z taką ilością opadów) Rewelacyjnie się jechało! Przyjemne promienie słońca, orzeźwiające powietrze i widoczki. Takie nasze Mazury. Tylko tłoku nie ma, a mnogość grzybów i jagód w lasach zakrawa na marnotrawstwo.

Śniadanie zjedliśmy przy sklepie spożywczym. Tuż przy Szwedzkiej wersji "Społem" stał sobie niechciany stolik i krzesełka, z których grzech byłoby nie skorzystać. Warunki są, czas jest ... będzie jajecznica i to na boczku! Zajęłam się gotowaniem, a Ziółek smarował łańcuchy i biadolił nad stanem bieżnika w oponach. Rzeczywiście nie wyglądało to najlepiej. Nie wiem co jest w Skandynawskim asfalcie, ale przyczepność dróg jest wprost proporcjonalna do zeżarcia gum. 

Zagadało do nas dwóch kolesi: pierwszy po szwedzku do dziś nie mamy pojęcia o co mu chodziło, był dość ekspresyjny, ale uśmiechnięty. Wymachiwał rękoma jakby chciał nam pokazać, że tam o ... jest dużo lepsze miejsce na posiłek. Cóż. Za późno. Drugi gadał na szczęście po angielsku, był niezwykle uprzejmy. Pytał skąd ten pomysł, że dwa motocykle, czemu po Szwecji, a skąd, a dokąd. Jednak we wszystkich pytaniach widać było żywe zainteresowanie i serdeczność. Życzył nam już tylko dobrej pogody i szczęśliwego powrotu do domu, a sam musiał wrócić do pracy. Jak przyjemnie.

Słonko grzało tak mocno, że musiałam pozbyć się dość dużej części cebulkowych warstw. Wydurniając się na pustych drogach, Ziółek nagle zbystrzał. Otóż dwa stada reniferów spotkały się na środku drogi na ustawkę. Doturlaliśmy się do nich na wyłączonych silnikach, aby nie spłoszyć zwierzaków. Największe z samców stały naprzeciw siebie z łebkami w dole i skrzyżowanym porożem, reszta otoczyła "zawodników". Czekaliśmy z ekscytacją na obrót wydarzeń, ale jeden z reniferów rozejrzał się, podszedł do stojących w bezruchu gagatków i jakby powiedział: " Dobra chłopaki nie robimy lipy publicznie, załatwmy to w zacisznym miejscu." Cała banda momentalnie przeniosła się w krzaczory po lewej stronie drogi. Zauważyłam też, że jeden z nich miał spory dzwoneczek na czerwonej tasiemce, czyżby uciekł Świętemu Mikołajowi z zaprzęgu i zszedł na " złą drogę'?

czwartek, 21 września 2017

Deszczem w oko - Skandynawia - 17



Weseli turyści z Hiszpanii, którzy obok nas zrobili sobie postój na małe co nieco, patrzyli na mnie jak na kosmitkę. Tylko , że oni mieli w aucie ogrzewanie. Oj pozazdrościłam im mocno. Do dziś zastanawiam się co jest gorsze: jechać w upale i nie mieć siły z powodu wysokich temperatur i palącego słońca, czy być w odwrotnej sytuacji, trząść się jak osika z zimna i nie móc kontrolować swojego ciała. Nie mniej, jakimś cudem udało się Łukaszowi zaparzyć herbaty, chociaż zdawało mi się, że trwa to wieki. Piłam słodki, gorący napój, rozlewając zawartość kubka nieco wokół. Złapałam trochę ciepła, a rozum nakazał się odrobinę  poruszać. Pajacyki, przysiady i bieg w miejscu. O dziwo, szybko odzyskałam zapał. Ruszamy dalej.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie uciekałam. Oboje zresztą dzidowaliśmy w kierunku Szwecji jak wariaci. Mieliśmy nieodparte wrażenie, że poruszaliśmy się na północ razem z jakimś frontem atmosferycznym, który ciągnął ze sobą zła pogodę. Dwa tygodnie jazdy w prawie permanentnym, siąpiącym deszczu. Zastanawiało nas dlaczego wszyscy mówili, że Norwegię należy zwiedzać od maja do lipca. Teraz już wiemy.  I chociaż pierwotnie planowaliśmy dokładnie zobaczyć ten kraj, a resztą skandynawskich w linii prostej wrócić do domu, niefartowna aura zmusiła nas do ucieczki.

Próbowałam zapamiętać nazwy miejscowości, z najbardziej spektakularną scenerią, by móc kiedyś do nich powrócić i spojrzeć na nie na nowo, będąc w lepszej kondycji. Gdy przekraczaliśmy most łączący archipelag Lofotów ze stałym lądem nieco się wypogodziło. Nieśmiałe słonko ogrzewało nasze kostiumy, które zaczęły lekko parować. W końcu trochę cieplej. Oczywiście po drodze warunki meteorologiczne wielokrotnie jeszcze się zmieniały, ale dzięki temu mogliśmy oglądać niezwykły pokaz wielobarwnych tęcz.

Zaraz, zaraz to już Szwecja??? O kurczę, tak się rozpędziliśmy, że kompletnie zapomnieliśmy kupić standardowych magnesów na lodówki dla rodziny i przyjaciół. Cóż, otrzymają je z innego kraju. Ostatni etap podróży tego dnia był przyjemny. Nie padało, a rejon Laponii miał naprawdę nietuzinkowy klimat. Mimo iż ukształtowanie terenu różniło się mocno od stricte nordlandowych, to czuliśmy jakiś wewnętrzny spokój. Rzadko kiedy mijały nas jakieś auta, miliony sosen i  jezior dawały nam poczucie schronienia, a jednocześnie podstępnie zapewniały, że jesteśmy tam zupełnie sami. Piszę podstępnie dlatego, że kompletnie nie zwróciłam uwagi na znaki: uwaga dzikie zwierzęta i gdyby nie czujne, bystre oko Małżonka pewnie wjechałabym w reniferka, który ciućkał coś sobie po przebiegnięciu nam drogi.

środa, 20 września 2017

Deszczem w oko - Skandynawia - 16









Nie chciało nam się wyłazić ze śpiworów. Gdy tylko rozsunęliśmy suwak namiotu buchnęło w nas zimno. Ubrałam się we wszystko co tylko zmieściło się pod strój motocyklowy, a nie krępowało zbyt mocno ruchów. Złożyliśmy nasz wigwam i w drogę.

Na początku odwiedziliśmy wioskę o wdzięcznej nazwie A.( nad literką powinno być jeszcze małe kółeczko) Niewielka osada na samym końcu archipelagu, co ciekawe jej nazwa jest też ostatnią literą norweskiego alfabetu, a miejscowi zarządcy mają nieustanny kłopot z permanentnie kradzionym przez turystów znakiem informującym o początku miasteczka. W osadzie zachowało się sporo XIX wiecznych zabudowań,a wisienką na torcie są rorbuer. Stare chaty rybackie o czerwonym kolorze, służące niegdyś jako schronienie podczas zimowych połowów, dziś wynajmowane jako opcja noclegowa. Mieścinka kończy się tunelem i parkingiem, dalej oprócz wejścia na wzniesienie, z którego można podziwiać panoramę, nie ma nic.

Rozbroiła mnie różnorodność krajobrazu, na 170 km głównej trasy. Jechaliśmy wzdłuż E10 mijając  mikre wysepki połączone tylko główną drogą, niewielkie mostki zawieszone nad obłędnym błękitem wody, wysokie góry, piaszczyste plaże, masę ptactwa, małe domki i pozostałe po sztokfiszach (suszony na wietrze dorsz, specjalność tylko i wyłącznie tego miejsca) wszechobecne, drewniane żerdzie. Skoro jest tu tak pięknie przy tak parszywej pogodzie, to co musi się dziać , gdy świeci słońce, obłęd! Przeglądając zdjęcia i filmiki, muszę z przykrością przyznać, że z najbardziej malowniczego miejsca w jakim kiedykolwiek byliśmy, mamy najmniejszą ilość fotografii.

Naszła mnie też jeszcze jedna myśl, nic dziwnego, że Wikingowie byli tacy agresywni, mieli po prostu przesrane. Od 6 tysięcy lat wstecz nieustanny wiatr, chłód i wilgoć. No weź człowieku bądź spokojny, nie da się. Podobno w letnie słoneczne dni temperatura sięga tu 20 stopni, nie doświadczyliśmy. ;) Na termometrze widniała bezlitosna 8, a wietrzysko przenikało nas do kości.

Zjechaliśmy do sklepu po prowiant, nie jedliśmy jeszcze śniadania, a mnie mimo cebulkowych warstw odzieży i odpalonych na maksa hot gripów, zaczynało być naprawdę zimno. Zjedliśmy w sklepie. Na wystawie ogrodniczej tuż przy wyjściu, sterczały dwa krzesła ze stolikiem. Kulturalnie zasiedliśmy sobie, uważając żeby niczego nie zapaskudzić i nikt się nas nie czepiał, niektórzy spoglądali tylko z uśmiechem. Po posiłku ruszyliśmy dalej.

Chociaż głowa ciągle podążała na prawo i lewo próbując  nadążyć za zjawiskowymi pejzażami, to reszta ciała, prawie w bezruchu, doznawała ekstremalnej dawki chłodu. Było mi makabrycznie lodowato! Zatrzymaliśmy się pod stacją kontroli pojazdów, a moim wątłym truchełkiem wstrząsały konwulsje. Łukasz krzyczał do mnie; "Jedz cukier!", próbując uzmysłowić mi, że potrzebuję energii, by się ogrzać. Kuchenka prawie przestała grzać, gdy Ziółek próbował zrobić mi gorącej herbaty. Nie jadę dalej! Niech mnie stąd jakiś helikopter zabierze, mam to wszystko w nosie. Boże, ... jak mi zimno.

wtorek, 19 września 2017

Deszczem w oko - Skandynawia - 15








Noc była rześka, lecz spało się dobrze. Rano zaś mieliśmy kłopot z zagotowaniem wody na kawę. Zastanawialiśmy się czy palnik zawilgotniał, czy zwyczajnie popsuliśmy jakoś naszą polową kuchenkę. Ziółek zawyrokował, że chyba po prostu jest za zimno i gaz nie chce się rozprężyć. Miał stuprocentowa rację i jako sprytny polak ogrzewał butlę pocierając ją rękami niczym Alladyn próbujący wywołać Dżina ze swej lampy. 

Tego dnia mieliśmy rozgościć się na Lofotach, zrobić pranie, porządny obiad i ruszyć na zwiedzanie Karaibów Północy. Kłopotem okazał się być niezwykle porywisty wiatr i gwałtowne opady deszczu, które przychodziły falami ciskając w nas grube, mokre krople. Przeczekamy to. W pierwszej kolejności czyszczenie i suszenie ciuchów. Nastawiliśmy program w pralce i ruszyliśmy podziwiać otoczenie kempingu. Położone wśród skał zielone poletko, samo w sobie było zapowiedzią piękna tych terenów. Opatuleni w przeciw wiatrówki wdrapywaliśmy się na skały i przedzieraliśmy przez bagna. Nawet niebo stało się troszkę łaskawsze. Po przebieżce trzeba było wrócić i przełożyć ciuchy do suszarki, a na czas tego programu wróciliśmy do namiotu na gorącą herbatę. Znów kłopot z kuchenką, a za cienkimi ściankami namiotu , wiatr, zimno i deszcz. Ech... no szczęścia to chyba nam zbrakło na tej wyprawie. Przysnęło nam się.

Obudził nas głód, czym prędzej wsiedliśmy na moto, by zakupić coś pysznego na obiad i zdążyć przed kolejnym atakiem paskudnej aury. Jedynie w jeansach i kurtkach udaliśmy się do sklepu.  Tylko zaraz znowu niedziela. Jakiś czas błąkaliśmy się w poszukiwaniach, ale udało się znaleźć malutki butik z wszystkim i niczym o potwornych cenach. Miał być królewski obiad,a znów będzie spaghetti ze słoika. Oczywiście musieliśmy zmoknąć, a pomysł, żeby nie zakładać spodni motocyklowych okazał się być głupi jak diabli. Przewiało nas na maksa. Za to widoki obłędne, skały, strzeliste góry, rozjuszona wiatrem woda i mnogość kolorowych tęcz. 

Lipa. Przez rwące się co chwile wifi udało się sprawdzić prognozę pogody... . Nie była najszczęśliwsza. postanowiliśmy, że jutro przejedziemy po prostu główną drogą i uciekamy z Norwegii do Szwecji. Zwiedzanie wysp i zdobycie Nordkappu przy takich temperaturach i topniejącej w ekspresowym tempie forsy, przełożyliśmy na kiedy indziej. Dziś po prostu odpoczywamy.

Nocą przeżyliśmy chyba jakieś tornado. Nie dość, że potwornie zimno to wiatr próbował sprzątnąć nasz szmaciany domek z powierzchni ziemi. Stelaż tak mocno uginał się pod ciężarem wietrzyska, że pacał nas niemiłosiernie w głowy utrudniając spokojny sen. Mąż mój stwierdził, że ludzie którzy widzieli UFO tak naprawdę spostrzegli porwane z Lofotów namioty. ;)