Łączna liczba wyświetleń

środa, 18 października 2017

Deszczem w oko - i po Skandynawii - 26




Oboje dygotaliśmy z zimna. Ekspresowo zdjęliśmy mokre rzeczy, z których można było wyżymać, a potem biegusiem pod gorący prysznic. Byliśmy również niewyobrażalnie głodni, więc po udanej akcji kąpiel, Ziółek smyrnął jeszcze po zapasy do pobliskiego sklepu. Zamarzyliśmy o jajku sadzonym, gotowanych ziemniakach z koperkiem i mizerii.  Ponieważ na Litwie ceny znacznie bardziej przyjazne Polakowi, Łukasz zakupił jeszcze baterię litewskiego piwka, a na deser ciasta i ciasteczka. Iście po szlachecku. :P Niezaprzeczalnie dziś na zwiedzanie nie pójdziemy, chociaż marzyło mi się zobaczyć Wilno nocą, może kiedy indziej.... . Tamtego wieczora lało i siąpiło na zmianę. Gęste, ołowiane chmury wisiały bardzo nisko zakrywając kompletnie znajdującą się obok kempingu Wieżę Dunaju. Jest ona jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli stolicy. Ma jakieś 250 metrów, a dwie windy błyskawicznie wiozą na górę do obrotowej restauracji widokowej. Tego dnia stanowczo nie zarobili. 

Wieczór minął szybko i przyjemnie. Leżeliśmy czyści w pachnących świeżością łóżeczkach, z pełnymi brzuchami. Graliśmy w makao, warcaby, gry słowne i inne różne takie. ;) W cieple i "aromacie" schnących na grzejniku butów, zasypialiśmy z nadzieją, że następnego dnia pogoda będzie łaskawsza.   

Ku naszej radości była. Pojechaliśmy Ziółkowym Trampkiem, którego zostawiliśmy na jednym z licznych parkingów dla motocyklistów w samym centrum. Weszliśmy do punktu informacyjnego po mapkę i rozpoczęliśmy spacer po starym mieście. Zakochałam się w Wilnie. Jest po prostu piękne. Bardzo dużo w nim polskości, wszędzie widać napisy w naszym języku, a sklepach królują nasze produkty. Jest ono przecież głównym ośrodkiem polskiej kultury i nauki na Litwie, działają tam m.in. Polskie Studio Teatralne, Fundacja Kultury Polskiej, Stowarzyszenie Naukowców Polaków Litwy, Związek Harcerstwa Polskiego, Związek Polaków, Uniwersytet Polski, Dom Kultury Polskiej, wydział Uniwersytetu w Białymstoku itd. Wiele osób twierdziło, że nas nie lubią w tym kraju, z wielu powodów, głownie historycznych. My jednak nic takiego nie odczuliśmy. No może za wyjątkiem jednego sztywnego, młodego kelnera.















Bez wątpienia jest co podziwiać, mnogość zabytków gotyckich, renesansowych, barokowych i innych jest wręcz przytłaczająca. Nie udało nam się w jeden dzień zobaczyć wszystkiego, ale byliśmy pod dużym wrażeniem Uniwersytetu Wileńskiego i wieży, na którą z trudem się wdrapałam po starych drewnianych schodach w obawie, że z nich spadnę, ale warto było! Widok oszałamiający. Poza tym weszliśmy do gotyckiego kościoła św. Anny, katedry wileńskiej, bazyliki archikatedralnej, widzieliśmy zamek dolny, cerkwie ... . Sporo tego było. Na deser zostawiliśmy sobie "Pannę Świętą co w ostrej świeci bramie", ale najpierw musieliśmy coś zjeść, najlepiej coś regionalnego. Znaleźliśmy bardzo przyjemną knajpkę z dala od głównej ulicy i tłumów. Najedliśmy się do rozpuku. Wszystko było bardzo smaczne, acz tłuste jak diabli. Cepeliny okraszone skwarkami, domowe kiełbaski z ziemniaczkami i różnego rodzaju pierożki również polane dużą ilością tłuszczu. Nie zraziło nas to absolutnie i na deser wzięliśmy jeszcze po ciachu i dużej kawie. A co!

Ciężko się szło po takim obżarstwie, ale dodreptaliśmy w końcu do Bramy Miednickiej. Wyciszyliśmy się w kościele, akurat trafiliśmy na mszę w języku polskim. Później wleźliśmy schodami przed oblicze jednego z najsłynniejszych obrazów Matki Bożej. Klęknęliśmy, podziękowaliśmy  za bezpieczną podróż, zrobiliśmy z ukrycia kilka fotek i ruszyliśmy dalej. Nie mogłam stamtąd odjechać, nie zakupiwszy dla mojej Babci obrazka z świętym wizerunkiem. Wstąpiliśmy do sklepu z pamiątkami i zrobiliśmy małe zakupy, które mocno przyspieszył ... potworny ból obu brzuchów.

wtorek, 17 października 2017

Deszczem w oko - i po Skandynawii - 25







Niefortunny zjazd okazał się być przepięknym zakątkiem nad Zatoką Ryską. Pogoda średnio zachęcała do kąpieli, ale Ukraińcy, z którymi co chwilę splatały się nasze drogi skorzystali z okazji. My za to siedliśmy na niewielkiej wydmie i podziwialiśmy krajobraz jakże odmienny od dotychczasowego. Żadnych gór, skał i mchu, jedynie bezkresna woda Bałtyku i miękki piasek. Zamyśliłam się głęboko. Dopiero stanowcze: "Zbieramy się", wyrwało mnie z otchłani myśli.

Pomysł o wspólnym noclegu z motocyklistami poznanymi na promie padł. W 'naszym' zaprzyjaźnionym hotelu nie było już miejsc, oni również mieli kłopot ze znalezieniem zakwaterowania i odbili do innego miasta. Otóż w Rydze odbywały się jakieś zawody rowerowe i tłumy ściągnęły do stolicy, by móc podziwiać kolarskie akrobacje, tym samym pozbawiając nas miejsca na sen. Ciuchy wilgotne, buty przemoczone, a wizja miękkiego posłania znacznie się oddaliła.

Wylądowaliśmy w lesie. Mojego Męża przez większość wyjazdu korciła mała siekierka przymocowana do jego Trampka. Od początku wyprawy słyszałam o ognisku. Mnie jednak przerażała kwota kary jaką w razie wyjątkowego pecha mogliśmy dostać w Norwegii, więc dopiero tu, w Łotewskim lesie odrobinę wyluzowałam. Był to również dobry pomysł ze względu na nasze przesiąknięte deszczem ubrania. Tak oto, po raz kolejny w towarzystwie komarów, spędziliśmy miły wieczór przy cieple i blasku płomieni. Przez chwilę miałam stracha, bo zaczął palić się mech wokół naszego paleniska, ale Ziółek niczym Rambo wyskoczył z saperką na ratunek dobytku i rozpoczął okopywanie, podczas którego niewielka łopatka uległa zniszczeniu. Chińskie badziewie. :P 
ps. podobno w tym samym czasie, Łotwa walczyła z ogromnymi pożarami lasów, nie mamy z tym nic wspólnego ... . :) 

Poranek nie wróżył słonecznego dnia, nisko zawieszone chmury mówiły nam wprost, że dziś też sucho nie będzie. Żadna nowość. Czarna, mocna kawa, zwijanie tobołków i w drogę. Tym razem mieliśmy do przejechania niewiele, jakieś 300 kilometrów. Powiedziałam, że nie wracam do domu nie zobaczywszy Wilna. Łukasz miał okazję kilkukrotnie widzieć to piękne miasto podczas męskich wypraw motocyklowych. Mnie się nigdy okazja nie trafiła więc będąc tak blisko celu, grzechem byłoby odpuścić. "Litwo... ojczyzno moja." Nie przechadzać się uliczkami, po których stąpał Mickiewicz?! 

Na wileński kemping dojechaliśmy spokojnie, bez większych perypetii. Niestety ulewa, którą po drodze dostaliśmy, do reszty wycieńczyła nasze ciałka. Na szczęście był jeden wolny domek z grzejnikiem! Cholernie mi zimno.

poniedziałek, 16 października 2017

Deszczem w oko - i po Skandynawii - 24

Podróż minęła szybko, wszak  towarzystwo miłe to i czasu się nie liczy. Ciut przedwcześnie zeszliśmy pod pokład, by rozplątać nasze trampki z uścisku linek mocujących. Drzwi do parkingu były zamknięte, więc czekaliśmy siedząc na schodach przed windą, którą co chwila zjeżdżał ktoś równie niecierpliwy co my. Krótki, acz dobitny łomot uświadomił nam, że już można. Rachu ciachu i byliśmy gotowi do wyjazdu, wzięliśmy tylko jeszcze numery telefonów, bo w planie narodził się nowy punkt wspólnego noclegu.

W całym ambarasie zapomniałam poprosić Męża, żeby chwilkę po tułać się po Tallinie. Wszak na Estońskiej ziemi byliśmy po raz pierwszy, a nakręcony zdobywaniem kilometrów Ziółek czasem zapomina, że oprócz samej przyjemności z jazdy liczy się również poznawanie nowego. Po kilkuset metrach zmieniłam jednak zdanie, gdyż rąbnęło taką ulewą,  że nie mieliśmy nawet szansy założyć nadwątlonych przeciw deszczówek.

Tyrkotaliśmy więc w deszczu co chwilę mijając się z naszymi kompanami z promu. Gdy przejaśniało spostrzegłam, że przecież prawie od miesiąca nie widziałam ... bocianów. Ich widok jakoś wyjątkowo mnie ucieszył i przypomniał, że wróciliśmy na "stary ląd", że jesteśmy w drodze do domu. I zeszkliły mi się oczy na tę myśl. Po pierwsze dlatego, iż już wracamy. Urlop ma to do siebie, że nie ważne jak długi, stanowczo zbyt szybko się kończy. Po drugie już od Finlandii zaczynało mi się tęsknić za szeroko pojętym "Domem". Za kocurami, przyjaciółmi i rodziną. Jeszcze kilka dni i ich wszystkich wyściskam!
Oprócz bocianów, krajobraz uzupełniały drzewa liściaste, których niewiele widzieliśmy ostatnimi czasy: dęby, buki i lipy, do tego wszystkiego mnogość kwiatów. Hm... . Prawie jak w Polsce.

W pobliżu niewielkiej stacji benzynowej zrobiliśmy sobie piknik, tak samo z resztą jak kilkoro Ukraińców biesiadujących tuż obok. Wznieśliśmy toast kanapkami za nasze zdrowie i pojechaliśmy dalej. Po dłuższej jeździe w mokrych ciuchach było mi chłodno, więc zatrzymaliśmy się przy ogromnym supermarkecie, by nieco się ogrzać i zrobić zapasy jedzenia. Jakież było moje zdziwienie, gdy na wagę można było kupić smażony chleb z czosnkiem. Heh... zaśmiałam się do siebie, moja Babcia od zawsze miała taki patent na czerstwy chleb, by go nie wyrzucać, a jeszcze podjeść. Nabraliśmy tego sporo, z każdego rodzaju. Co prawda czosnkowy chuch po tym rarytasie mógł zmieść przeciwnika z powierzchni ziemi, no ale ... trudno. :P

Kolejny etap podróży zapewnił mi odrobinkę nudy przypieczętowaną znacznym wzrostem adrenaliny. Otóż Łukasz nie zauważył charakterystycznego znaku z ławeczkami i choinką, myślał więc, że coś mi się stało, bo mrugam kierunkowskazem i zamiast skręcić w drogę zatrzymał się na samym środku zjazdu. Przekonana o tym , że poprawnie odczytał moją chęć odpoczynku jechałam pewnie i szybko, gdy zorientowałam się w sytuacji, hamowałam awaryjnie.  Ślad opon na asfalcie i odrobina dymu unosząca się w powietrzu , " delikatnie " zasugerowały nam obojgu, że chyba jednak najwyższa pora kupić te interkomy.

środa, 11 października 2017

Deszczem w oko - i po Skandynawii - 23

Umęczeni dreptaniem po stolicy, postanowiliśmy spróbować fińskich specjałów. Marzył nam się jakiś kawał mięsa z renifera i nadzwyczaj pyszny deser. Okazało się jednak, że nie tak prosto znaleźć knajpę serwującą regionalne przysmaki. Wszechobecne burgerownie i inne fast foody skutecznie przyćmiły tradycyjne restauracje, długo błąkaliśmy się w poszukiwaniach. Trafiliśmy do pubu, na którego reklamie błędnie informowano, że: "piwo, przekąski, knajpa". Były tylko dwie pierwsze specjalności. Chociaż atmosfera miejsca bardzo przypadła mi do gustu, byliśmy głodni jak diabli i zrezygnowani ruszyliśmy dalej w kierunku metra. Tuż przy dworcu stał dość duży budynek z ... czeskim żarciem. Podzielona na trzy strefy knajpka ( weranda, pub i restauracja) zachęciła nas do wejścia i spałaszowania czegoś pysznego. Mój gulasz był wyborny, niestety trzy malutkie smętne knedliki już mniej, ryba Ziółka też nie powaliła na glebę pod wpływem doznań smakowych. Ciasto, które zamówiłam na deser potwornie słodkie, ale zjadłam je w mgnieniu oka, dziwiąc się, bo w sumie nie przepadam za słodyczami. Chociaż lokal czeski, to można było skosztować fińskiego piwa, tak też uczyniliśmy. Dobre.





Następnego dnia przyszedł czas, by pożegnać się z półwyspem skandynawskim. Zbieraliśmy się na prom spoglądając w kierunku zachmurzonego nieba. "Jak nic znów lunie."- pomyślałam w duchu. Oddalając się od kempingu dopadły nas niewielkie krople deszczu, a dojeżdżając do portu już porządnie siąpiło. Staliśmy grzecznie w kolejce moknąc. Nagle, podbiegł do nas Polak,: "Chodźcie mam busa, co będziecie mokli, to jeszcze potrwa." Adam, motocyklista i mechanik, pracujący w Finlandii od wielu lat cieszył się, że może pogadać chwilę ze swojakami. Opowiadał nam o mentalności Finów, o tym jak trudno zdobyć ich zaufanie, ale też ile mają dobrych cech. Przez ten krótki czas snuł opowieść swojego życia, a my słuchaliśmy w ciepłym aucie  jak zaczarowani. Czas oczekiwania upłynął szybko i trzeba było wsadzić tyłki na Trampki. A tuż obok nas dwie pary kolejnych motocyklistów. Niemiec na BMW ze swoim ślicznym, blond plecaczkiem i para Polaków. Równie ładnych i jakże sympatycznych. 

Po zaparkowaniu i przypięciu pasami motocykli, wjechaliśmy windą na górny pokład. Usiedliśmy na zewnątrz, by podziwiać panoramę Helsinek, cyknęliśmy kilka fotek i rozpoczęliśmy kolejną konwersację z "naszymi". Muszę przyznać, że odrobinę zazdrościłam dziewczynie, że jest taka czysta, w makijażu i z pomalowanymi paznokciami. Nas jednak nie było stać na hotelowe luksusy, więc wyglądaliśmy jak dwa polskie menele. A co tam, nie to jest przecież istotne.  :D Dzieliliśmy się wrażeniami z naszych podróży, relacjonowaliśmy ze szczegółami wszystkie przygody, a para odwdzięczała się tym samym. Poczęstowali nas pyszną czekoladą z wiśniami ( moja ulubiona ). Na chwilę wspólna debata rozdzieliła się na damsko - męski obóz, ale później znów wróciła na te same tory, a później odszukał i dołączył do nas Adam z busa.

Interesująca było też dotarcie do toalety. Zanim ją jednak odszukałam, musiałam przecisnąć się przez masę pijanych ludzi. Dwie godziny podróży dla niektórych okazały się być zbyt długie, aby nie obalić flaszeczki. Niektórzy spali już na podłodze, inni na barze ... . Była 10 rano. Matko i córko, co za targowisko próżności. Panowie zalani w trupa, panie odstrojone jakby płynęły co najmniej Titanikiem. Gdzie ja w ogóle jestem?! Na każdym piętrze, w innym kącie wielkiej sali, grały po trzy zespoły lub artyści solo. Muzyka i hałas roześmianych libacji tworzyły koszmarną kakofonię, więc biegusiem wracałam na spokojny "podkład słoneczny". Musiałam tylko pamiętać, by nie spoglądać w okno, gdyż wiązało się to z niebezpieczeństwem oddania "kolorowego" śniadania.

poniedziałek, 9 października 2017

Deszczem w oko - Skandynawia - 22



Po wieczornej biesiadzie i długim śnie nabraliśmy mocy, tym bardziej, że zaplanowaliśmy gdzie pójdziemy i co zobaczymy. Dość sprawnie poszła nam poranna toaleta, zjedliśmy szybkie śniadanie i na podbój stolicy! Ponieważ po drugiej stronie ulicy mieliśmy metro,  a mnie nie uśmiechało się znów przeciskać między tymi wszystkimi ludzi motocyklem, wybraliśmy się na zwiedzanie innym niż zwykle środkiem transportu. 

Nie byłabym sobą, gdybym przed wyjściem nie zahaczyła o plac zabaw dla dzieci gdzie kusił konik na sprężynie i jakże dostojny Mayflower. Co prawda do Plymouth nas nie dowiózł, ale i tak było warto się trochę powygłupiać.

Zanim zorientowaliśmy się gdzie w ogóle jesteśmy i jak prawidłowo czytać mapę z kosmicznymi nazwami ulic minęło ze 20 minut. Szczerze przyznam, że miasto warto zobaczyć, gdyż jest zupełnie różne od tych, które do tej pory zwiedzaliśmy, ale niestety nie urzekło mnie na tyle, by tam kiedyś jeszcze wrócić. Jest  zimne jak fińskie twarze bez uśmiechu. Oczywiście generalizuję, niestety w porównaniu ze szwedami czy norwegami , mieszkańcy tego kraju są tak surowi jak ich klimat zimą. Nie zrozumcie mnie źle są bardzo pomocni, jednak dystans i wieczny poker face, jaki mają do turystów jest ogromny.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do punktu informacyjnego, aby pomogli nam kupić wejściówkę na prom do Tallina. Co prawda mogliśmy sami dokonać zakupu przez internet, ale stwierdziliśmy, że papierowy bilet w ręku i pewna sytuacja są cenniejsze niż kilka euro. W tym też miejscu chyba po raz pierwszy i ostatni doświadczyliśmy serdecznego, szerokiego uśmiechu. Sympatyczna Pani Blondyneczka z najdrobniejszymi detalami wyjaśniła nam wszystkie zagadki i zaopatrzyła nas w najróżniejsze mapki i informatory.







Teraz mogliśmy na spokojnie zwiedzać. Aleksanterinkatu, główna ulica handlowa miasta nazwana na cześć cara Rosji Aleksandra I obfitowała w piękne budowle i spieszący się tłum. Doszliśmy nią do placu senackiego i potężnej, neoklasycystycznej katedry luterańskiej z wysokimi schodami, które podobno są ulubionym miejscem spotkań. Co dziwne w krypcie kościoła mieści się ... kawiarnia.

Zupełnie niedaleko położony był najsłynniejszy targ, w kierunku którego skierowaliśmy swoje kroki, by móc wreszcie zaopatrzyć się w pamiątki. Najfajniejsze było w nim to, że większość oferowanych produktów to rękodzieło, nie jakieś tandetne, chińskie podróbki. Przyjemnie było na to wszystko patrzeć. Nas zainteresował Pan, który nawet magnesy na lodówkę robił z własnych fotek. Ponieważ jego stoisko nie było zbyt duże, zachęcał ludzi do kupna rozmową. Gadanę miał jak mało kto, więc i my się "nabraliśmy" . Nie jest nam wcale z tego powodu przykro. Od słowa do słowa i okazało się, że Żona tego Pana jest Ukrainką. Zaczęliśmy wymieniać się wieloma spostrzeżeniami i spędziliśmy z Panem dobre pół godziny. Mistrz sprzedaży i marketingu. :)

Będąc na targu trudno nie dostrzec majestatycznej świątyni Fińskiego Kościoła Prawosławnego.  Złote kopuły i czerwona fasada jednoznacznie świadczą o rosyjskim wpływie na Finlandię. Prowadził do niej mostek z  miłosnymi kłódkami, wokół roznosił się aromat dań serwowanych na prowizorycznych, fast foodowych stoiskach wymieszany ze spalinami i rybno-wodorostową wonią zatoki fińskiej. Nie dało się też ukryć nawiązania do Anglii, gdyż pośrodku wszystkiego stało koło obserwacyjne. Niczym  London Eye górujące nad okolicą, niestety nie tak duże i nie tak ciekawe jak to w UK.








Dreptaliśmy sobie bez pośpiechu po Helsinkach, zaszliśmy do Hard Rock Cafe, podziwialiśmy ogromny budynek dworca, widzieliśmy muzeum narodowe i pomnik Sibeliusa ( słynnego fińskiego kompozytora). Nasz wzrok utkwił jednak najbardziej na witrynie sklepu z antykami, gdzie postawiono starego,  starmoszonego, wypchanego lisa. Rozbawił nas do łez. 

Ostatnim punktem wycieczki był Temppeliaukio. Podziemny kościół zbudowany wewnątrz masywnych skał, pośrodku zwykłego placu. Na zewnątrz widoczna jest jedynie miedziana kopuła wystająca spoza kamiennych bloków. Wnętrze jest oświetlane światłem naturalnym wpadającym poprzez 180 szklanych paneli. Mieliśmy nie lada kłopot z odnalezieniem wejścia, gdyż weszliśmy na kościół od tyłu. Po małej wspinaczce znaleźliśmy się w środku. Przy wejściu przywitały nas karteczki ze Słowem Bożym w rożnych językach świata, wzięliśmy sobie po jednej w języku polskim i zasiedliśmy na ławce. Ogarnął nas niezwykły spokój. Może to zwykle zmęczenie, ale odpoczynek w tym miejscu był naprawdę ukojeniem po wszystkich trudach tegorocznej podróży.

 

czwartek, 5 października 2017

Deszczem w oko - Skandynawia - 21


Tym razem spało się beznadziejnie, nasze podkrążone oczy wyraźnie wskazywały, że noc nie należała do najspokojniejszych. W związku z tym zbieranie gratów szło wolniej niż zwykle, nawet mocna kawa niewiele pomogła, ale w końcu zebraliśmy nasz dobytek i ruszyliśmy do recepcji, aby uiścić wreszcie opłatę za nocleg. Niestety i tym razem nikogo nie zastaliśmy. Z niemałym wyrzutem sumienia odjechaliśmy niczym dwa podstępne złodziejaszki. Tak wiem, powinniśmy się cieszyć, że euro zostało w kieszeni, ale mamusie zawsze uczyły nas uczciwości i nie raz przez to mieliśmy w życiu pod górkę, za to sumienia czyste.

Trasa do Helsinek przeraźliwie nam się dłużyła. No nic się nie działo, nawet zwierza na drodze nie uświadczyliśmy. Jedno wielkie nic. Jedynym zabawnym akcentem była miejscowość Sikajoki, ponieważ akurat przejeżdżając przez nią poczułam potwornie mocną potrzebę skorzystania z toalety. Nazwa adekwatna do konieczności. :)

Wreszcie dotarliśmy do stolicy, a GPS poprowadził nas przez samo centrum do kempingu. Lekko umordowana ogromnym ruchem i nudną drogą, cieszyłam się, że to już koniec. Niestety w miejscu, do którego dotarliśmy był tylko park. Westchnęłam ciężko i gdybym miała luźniejsze rękawy pewnie bym je zakasała do dalszej walki z miejską dżunglą. Dwa kolejne miejsca również okazały się zmyłą. Po raz pierwszy na tegorocznym wyjeździe zrobiło mi się niebywale gorąco... .Ubrana na cebulkę wojowałam na każdych światłach z niewchodzącą jedynką. Ręka bolała od sprzęgła. Szara droga co chwile upstrzona w przejścia dla drepczących pieszych zaczynała doprowadzać mnie do furii. Słońce jak na złość bezlitośnie grzało akurat teraz, a i silnik mojego Trampeczka zapewniał nie lada ciepło. Wreszcie padliśmy w cieniu pod jakimś budynkiem w strefie ekonomicznej. Byliśmy okrutnie głodni, zmęczeni i śmierdzący. Sytuację ratowała paczka żelków kupionych jeszcze w Szwecji. Nagle proste olśnienie .... Przecież mamy znajomych z dostępem do internetu! Zadzwoniłam do kochanej Dorotki, aby wysłała nam esemesem listę funkcjonujących biwaków.  Dziewczyna zadziałała jak błyskawica, a my sprawdzaliśmy tylko, do którego mamy najbliżej. Dzięki Bogu niecałe 3 kilometry dalej znaleźliśmy ukojenie. 

Po cudownie ożywczej kąpieli, zaszliśmy do sklepu i zaopatrzyliśmy się w furę mięcha i aromatycznego piwa.  Będzie biba! Wprawiliśmy obozowiczów w niemałe zaskoczenie, bo oto mój Małżonek po raz kolejny odpalał jednorazowego grilla ... kuchenką gazową. Polak potrafi, niby nic, a jednak. :)

wtorek, 3 października 2017

Deszczem w oko - Skandynawia - 20



Ale wybornie się spało! Żadnego szumu ulicy, płaczących dzieci, szczekających psów, tylko cisza i ciężki oddech śpiącego Męża. Miny nam zrzedły, gdy otworzyliśmy materiałowe drzwiczki namiotu. Chmura na chmurze, poganiała chmurę... .Spojrzeliśmy tylko na siebie znacząco, ale żadne nic nie powiedziało. Szybko zwinęliśmy obozowisko pamiętając, by zabrać śmieci i mieć pod ręką już mocno umęczone przeciw deszczówki. 

Na szczęście po dłuższej jeździe wyszło piękne słońce, a my skorzystaliśmy z wszystkich dostępnych "wygód" stacji benzynowej.  Zatankowaliśmy, skorzystaliśmy z czyściutkiej toalety, zjedliśmy ichniejszego burgera z mięsem, które później męczyło nasze żołądki do samego pójścia spać, a także... skorzystaliśmy z internetu. Tak wiem jesteśmy paskudnymi dziećmi technologii, ale oprócz meldunku dla rodziny i przyjaciół, chcieliśmy dowiedzieć się, co w owej Finlandii można zobaczyć. Tak bardzo napaliliśmy się na zwiedzanie Norwegii, że nawet nie przeszło nam przez myśl, że w obawie przez zamarznięciem, będziemy uciekać na wschód. Niestety kiepsko nam szło wyszukiwanie informacji, wszędzie tylko wieść, że natura najpiękniejsza, ale bez większych konkretów. Internety zachwalały też kilka miast, między innymi stolicę. Stwierdziliśmy więc, że jedziemy do Helsinek, zostaniemy na dwa dni, odpoczniemy nieco od drogi, pozwiedzamy i ruszymy do domu.

Natura rzeczywiście fajna, nie tak zjawiskowa jak na zachodzie półwyspu skandynawskiego, ale urocza. Ogrom sosen i poukrywane wśród nich jeziorka.... i to wszystko. 300 kilometrów z Oulu do Kuopio, a drogi, na nasze nieszczęście proste jak stół, nudy jak diabli. Nawet jednego malutkiego zakrętu. Trzeba było znaleźć sobie zajęcie.  O dziwo nie chciało mi się śpiewać, dlatego też wymyślałam co chwila nową grę: pierwszą z nich była zabawa w "Państwa-Miasta" z samym sobą ciężko, toteż każdą kategorię rozpatrywałam wobec całego alfabetu, ( jak zwykle najgorzej szły rzeki) . Gdy skończyły się kategorie wymyśliłam, że będę liczyć ogromne grzyby wystawiające swoje kapelusze na publiczny widok tuż przy drodze. Na odcinku 20 kilometrów  spostrzegłam 11, jednak ta rozrywka dużo szybciej zrobiła się potwornie nużąca. Potem kombinowałam jakie to jeszcze pozycje można przyjąć podczas jazdy motocyklem, ale kilka niefortunnych ruchów odwiodło mnie od dalszych prób ;). 

Roboty drogowe, wahadełko i światła. Chwilę wcześniej wyprzedził nas fiński motocyklista, ale spotkaliśmy się na owym zastoju. Zszedł ze swojego moto i zagadnął łamaną angielszczyzną. Pomyślałam, że zapytam gościa co zobaczyć w okolicy. Może właśnie przejeżdżamy obok czegoś wyjątkowego i nawet o tym nie wiemy?! Otworzyłam kask, ściągnęłam z twarzy buffa, a Pan Fin krzyknął: " O!!! kobieta?!" Czyżby fińskie amazonki nie istniały skoro takie zdziwienie? Podbiegł do mnie zaciekawiony, ale mój potok słów ewidentnie zalał Pana Fina i zamilkł na kilka sekund po czym zaczął wymieniać kraje, które odwiedził. Nie chciało mi się już dalej drążyć tematu, zresztą i tak zapaliło się zielone światło. Pozdrowiliśmy się energicznym machnięciem ręki i ruszyliśmy dalej.

Arcynudna, monotematyczna, szara wstęga męczy kierowcę bardziej niż cokolwiek innego, przynajmniej mojego Małżonka i mnie, więc gdy już kompletnie mieliśmy dość zjechaliśmy na najbliższy kemping. Bardzo sympatyczny, cudnie położony, bo nad rzeką, ale nie mogliśmy się doszukać nikogo na recepcji. Cóż, zapłacimy rano. Przemiły pan Rowerzysta niewiadomego pochodzenia, obok którego rozbiliśmy namiot, objaśnił nam kilka kwestii dotyczących opłat i umiejscowienia sanitariatów. Zagadnęli nas również Węgrzy, którzy cała rodziną zdobyli Nordkapp i pokręcili się odrobinę po Skandynawii w wakacyjnym szale. Najmniejsza z ekipy dziewczynka bardzo chciała dosiąść, któregoś z naszych Trampków, niestety jej nieśmiałość zwyciężyła i mimo zachęt nie spróbowała.