Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 12 stycznia 2016

Kryzys.





Mimo iż, czas mijał nam błogo, nie zapomnieliśmy o TDMie, która szarpiąc okrutnie na niskich obrotach nie dawała Łukaszowi spokoju. Po konsultacjach z Antoniem, doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie udać się do Podgoricy, stolicy Czarnogóry, gdzie znajdował się autoryzowany serwis Yamahy.
Nieco niechętnie, ale jednak żądni wrażeń, spakowaliśmy manatki i wyruszyliśmy w stronę, której nie było jak dotąd na naszej liście. Trasa liczyła jedynie 95 kilometrów, gdyby udało się dokonać szybkiej naprawy,  mieliśmy w planie pozwiedzać okolicę. Nie spodziewaliśmy się, że nasz szlak będzie pograniczem męki i zachwytu. Nie wiem ile stopni Celsjusza wskazywały termometry, ale my w czarnych strojach motocyklowych, z pełnym ekwipunkiem na naszych maszynach, w południowym słońcu ...topnieliśmy. Na dodatek kask tak strasznie mi ciążył i wrzynał się w moją głowę niczym nóż rzeźnicki w kawał mięsa. Co kilka kilometrów musiałam się zatrzymać i szybko zdjąć ten niewyobrażalny balast z moich skroni. Trasa dłużyła się straszliwie, a wąskie, górskie szosy nie pomagały w przeprawie. Co chwilę mijające nas auta nie liczyły się zupełnie z dwójką rozpuszczonych gorącem motocyklistów. Cóż pierwszy, poważny kryzys musiał kiedyś nastąpić.

Ponieważ odrobina cienia rzucanego przez wątłe drzewo znalazła się nad szosą, zrobiliśmy dłuższy postój, przeczekując największy upał. Właśnie w tym niepozornym na pierwszy rzut oka miejscu, pojawił się na mojej twarzy szeroki od ucha do ucha uśmiech. W okolicy małej osady, gdzie rzeka Crnojevica opływa wysoki zielony kopiec, skręcając pod kątem 180 stopni, znaleźliśmy się oko w oko z chyba najbardziej widowiskowym pagórkiem, jaki kiedykolwiek widzieliśmy....Bezwstydnie soczysta zieleń i ostry błękit nieboskłonu. Stałam jak wryta wpatrzona w to malownicze miejsce i próbowałam wyobrazić sobie jak fenomenalny i bezkonkurencyjny musi być ten krajobraz wiosną, gdy liczne lilie wodne wchodzą w stan kwitnienia.

Droga ciągnęła się w nieskończoność, natomiast czas kurczył się w zatrważającym tempie. Doprawdy, gdzie podziały się te wszystkie godziny? To niedorzeczne! Niestety prawda była taka, że spiekota, która nas dopadła odebrała nam chęć walki o to, po co naprawdę tam przyjechaliśmy. Pomyśleliśmy zgodnie, że za rok jedziemy do Norwegii, albo Finlandii, a nie jak głupki w szczycie sezonu i wysokich temperatur kręcimy się w tropikach  nad Adriatykiem.

Zastał nas wieczór, a w oddali nad miastem majaczyła szatańska burza. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby nas przemoczyło i zastraszyło piorunami. Spieszyliśmy się więc w dół licznymi agrafkami. Teoretycznie nie było już upalnie, przyszło lekkie wieczorne ochłodzenie, ale nadchodząca burza nie studziła powietrza. Parno i duszno. Po całym dniu w ekstremalnych warunkach, moje oczy i ciało zaczynały płatać figle.  Nie tylko widziałam niewiele, ale też cholernie bałam się, że spadnę w jedną z licznych przepaści po drodze. Tak, mam lęk wysokości i pojechałam na wymagający górski szlak, ale chyba o to w życiu chodzi, żeby pokonywać swoje słabości?!

Nie wiem czy tamtego dnia pokonałam akurat tę obawę, natomiast wyjątkowo dobrze recytowałam wszystkie możliwe i znane mi  modlitwy. Adrenalina sięgała najwyższych wskaźników. Co jakiś czas, w przypływie odwagi podjeżdżałam do brzegu szosy, by podziwiać widoki, ale mój strach był znacznie silniejszy. Widziałam, że mąż też nie miał już sił, chociaż podejrzewam, że towarzyszyły mu skrajnie różne od moich emocje. Tyle godzin musiał się ze mną wlec na klekoczącej Tedzi, a może ona też bała się urwisk i załomów? Bardzo chciałam już zjechać z tej przeklętej drogi, porządnie się umyć i położyć, zasnąć.

Na szczęście wspomniana burza, ominęła nas szerokim łukiem, tyle dobrego. Poprosiłam Łukasza, by wystukał na GPSie jakiś nocleg, najbliższy kemping był zbyt daleko. Ze łzami w oczach stwierdziłam, że dojadę do tej stolicy, choćbym miała pęknąć – dojadę! Nie dojechałam. Dzięki Bogu, objawił się nam ciąg małych pensjonatów, nad brzegiem Jeziora Szkoderskiego. Po długiej dyspucie z miejscowym naganiaczem, wynegocjowaliśmy znaczną obniżkę za klimatyzowany pokój dla dwojga, ze śniadaniem. Dobry człowiek ulitował się nad nami, prosił tylko, żeby nie rozgłaszać ceny naszego schronienia na prawo i lewo, zwłaszcza innym turystom. Obwieścił też, że kocha Polskę i Polaków, że już u nas był i zwiedzał, że najbardziej spodobał mu się Kraków oraz nasza polska gościnność. Dodał też z nadzieją, że dzięki tej obniżce, los da mu jeszcze kiedyś do nas zawitać i zasmakować golonki. :)

Wpadłam do pokoju niczym zwalona przez drwala kłoda i spełniłam największe marzenie tamtego dnia. Resztką sił wzięłam orzeźwiającą kąpiel, a potem spałam jak utulone przez kochającą matkę niemowlę.

niedziela, 10 stycznia 2016

U Antonia i w Kotorze.





















Po głębszej weryfikacji okazało się, że to nie znany aktor, aczkolwiek wstępnie ochrzciliśmy naszego gospodarza Antonio. Facet był tak gościnny, że oniemieliśmy. Jak dwa ostatnie pacany nie pobraliśmy żadnych pieniędzy z bankomatu. Zostało nam kilka euro w bardzo drobnych nominałach, nie przeszkadzało to naszemu Banderasowi: „Jedzcie, pijcie, zapłacicie jutro. Bankomat jest daleko, jesteście zmęczeni, jutro.” Zadziwieni tak lekkim podejściem do zapłaty, ale zmordowani do granic, zasiedliśmy w niewielkiej knajpce na powietrzu. Ryba z warzywami, którą zafundował nam kucharz była chyba najsmaczniejszą w naszym życiu. Nie wiem czy to magia chwili czy głód sprawiły, że tak nam zasmakowało to wyśmienite danie.
Miejsca w Mimozie nie było wiele, aby rozstawić nasz niewielki namiot, ale wcisnęliśmy się między ścieżkę i dwa dość duże serbskie „obozy”. Po wieczornej toalecie zapadliśmy w nadzwyczaj błogi sen.

Pejzaż, który powitał nas rano był olśniewający. W pewnej mierze nasze polskie Morskie Oko, a jednak gorąco, słonecznie, a zamiast jeziora morze. Otworzywszy drzwiczki namiotu, popędziliśmy jak szaleni nad wodę. Cóż za panorama! Z każdej strony niewielka góra, u której stóp widać małe wioseczki z chwiejącymi się w ich portach łódkami, na wodzie i w powietrzu mnogość atrakcji: latawce, paralotnie, jachty, pontony, kajaki ...ileż tam tego było. Na samym środku widać maleńką wysepkę, a na niej piękny kościół. Całość widoku dopełniały ptaki stadnie przelatujące nad sielankowym krajobrazem.
Mój barista zaparzył kawę i dalszą część poranka spędziliśmy z zachwytem wymalowanym na naszych twarzach. Po krótkiej wymianie spojrzeń wiedzieliśmy, że zatrzymamy się tu na odrobinę dłużej niż planowaliśmy.

Dzień upłynął nam na skakaniu na bombę do potwornie słonej wody, lenistwie, jedzeniu i szukaniu kolorowych rybek, co było dość trudne , bo zasolenie wody nie pozwalało mi zanurkować głębiej, no cóż kiepski ze mnie pływak. Ciekawe było również, że w jednym miejscu temperatura wody wręcz ogrzewała nasze nogi, a wystarczyło postawić pół kroczka obok i stopy wręcz zamarzały. Podejrzewam, że to zasługa zatoki, ale geograficznie i fizycznie też u mnie nie najlepiej. 

Podczas gdy spłukiwałam z siebie morskie odmęty w prowizorycznie skleconej kabinie prysznicowej, stojącej na powietrzu, spostrzegłam oko wlepione w moje ciało. Jakiś dzieciak mnie podglądał...gówniarz jeden. Krzyknęłam złowrogo w pierwszym odruchu „Hey!!!! What are you doing?!”, ale gnojka już nie było. Nie wiem kto wyszedł z tej sytuacji bardziej zawstydzony. Chyba jednak ja, spaliłam takiego buraka, że nawet moje plecy po przejażdżce bez kurtki motocyklowej były mniej czerwone. 

Nasi serbscy sąsiedzi nie omieszkali przeprowadzić z nami konwersacji, a zwłaszcza najstarszy z całego towarzystwa Pan Profesor. Ależ był zachwycony naszym „wyczynem”, sam również jeździł dawno temu na motorze, ale obowiązki i rodzina sprawiły , że porzucił swą pasję na rzecz ważniejszych spraw. Widziałam, że stęsknił się za motocyklami, bo z łezką w oku przyglądał się naszym maszynom. Za męskimi rozmowami, zdaje się również. Przebywał tam już chyba drugi tydzień z głównie damską częścią rodziny. Gadał i gadał, opowiadał i wspominał całe swoje życie, ale za to w zgrabny i absorbujący sposób. Myślę, że i Łukaszowi pogawędka z nim sprawiła radość, w końcu facet to facet, zupełnie inna dyskusja.

Czas u Antonia wspominamy chyba najlepiej z całej podróży, rodzinna i gościnna atmosfera rozpuściła nasze serca do granic. A i obecni tam turyści nie pozostawali obojętni na radosne uśmiechy i przyjazne konwersacje.
Dwójka młodych, francuskich backpackersów dość nieporadnie próbowała wyjaśnić, że proszą nas o pożyczenie biwakowej kuchenki, gdyż ich została uszkodzona przez niepokorną falę podczas śniadania. Mój mąż-bohater niewiele myśląc zapytał - „ A pokażecie mi tę Waszą kuchenkę?.” Łukasz zbadał sprawę i kilkoma wprawnymi ruchami oraz za pomocą kawałka papierka naprawił zacięty zawór i wyrównał pokrzywione od uderzenia o skały palniki. Para była w szoku, że dało się wskrzesić wysłużoną rzecz. Tak oto Ziółek stał się nie tylko moim osobistym herosem. Polak niejedno potrafi!

Do kempingu Mimoza przyjeżdżało wiele osób, między innymi grupa szalonych, rumuńskich hippisów w trzech niezwykle perfekcyjnie odrestaurowanych Volkswagenach. Zawiedzeni, że nie ma już dla nich miejsca, przysiedli na chwilkę w knajpce i wypili z Antoniem po kawie. Ja natomiast miałam chwilę, aby podziwiać ich ogórkowe auta. Tez chciałabym mieć takiego pięknego T1 , może kiedyś.

Upał zelżał, a my postanowiliśmy zwiedzić Kotor korzystając z lokalnego transportu. Ach co to była za podróż! Polecam każdemu kto lubi tego rodzaju zastrzyk adrenaliny. :) Ogromne autobusy na wąskich uliczkach wymijały inne auta dosłownie na milimetry. Pan kierowca rozmawiał przy tym przez telefon, sprzedawał bilety i prowadził, zagadywał również wsiadających pasażerów,a wszystko to wykonywał oczywiście jednocześnie. Pozazdrościłam młodemu kierowcy kunsztu jazdy w tych warunkach. Choć dla niego to zapewne chleb powszedni, zadziwił nie tylko mnie, ale i Łukasza. Na jednej z mijanek wyraźnie widziałam, że nasz bus manewruje oponami już na samym skraju betonowej szosy, a nie tkwiła tam żadna z możliwych barierek ochronnych.
Zastanawialiśmy się gdzie są przystanki autobusowe, ale w sumie gdzie one miałyby się znajdować? Ilość miejsca między zabudowaniami, a brzegiem morza, graniczy z absurdem. Wychodziło się więc na ulice, czekało, aż podjedzie jakiś środek komunikacji i machało ręką. Podobnie działo się, gdy chciałeś wysiąść. Wystarczył donośny krzyk i już kierowca zatrzymywał cała machinerię. Interesujące były też bilety, mały staroświecki stempelek z datą na malutkim skrawku papieru, którego nie sposób nie zawieruszyć. Podjęliśmy też próbę odszyfrowania kodu, widniejącego na naszej jednorazowej migawce. Nie udało się.

Kotor, niewątpliwie fascynujące średniowieczne miasto, olśniło nas swoimi zabytkami. Najbardziej zachwycająco wyglądał kościół świętego Jana, położony na samotnym wzgórzu na wysokości 260 metrów nad poziomem morza. W świetle wieczornych świateł wystawał wytwornie zapraszając do odwiedzin.
Romańska katedra świętego Tryfona, patrona miasta, przywitała nas zaraz po wejściu na starówkę.
Pałace, cerkwie, katedry, kolegiata i inne budynki stłoczone na stosunkowo niewielkiej starówce, zaskoczyły nas architektonicznie. Tu zabytek romański, tam gotycki, a jeszcze dalej renesansowy i barokowy. Nic dziwnego, że miasto wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Kręte, urokliwe uliczki miasta zapraszały co chwilę na pachnącą strawę. Piękne, kolorowe stragany i sklepiki kusiły, by zakupić jakąś made in China pamiątkę, bądź lokalne, w kontraście do chińskich souvenirów, pięknie wykonane drobiazgi. Oczywiście odpowiednio droższe.
Całość dopełnił widok przemykających kotów w zatrważająco wielkiej ilości. Ziółek co chwila odciągał mnie od głaskania kolejnych czworonogów, sugerując, że na pewno są chore, a nie chce spędzić ze mną dalszej części wyprawy w jakimś szpitalu, lecząc odzwierzęcą chorobę. Rzeczywiście większość tych zwierzaków wyglądała bardzo marnie, ale nie przeszkadzało mi to, przecież to tak dostojne stworzenia, że nie sposób się przy nich nie zatrzymać, przycupnąć, napoić i podkarmić. Nawet jeśli nie są w najlepszej formie.
Pobłądziliśmy jeszcze po starym mieście, zauroczeni jego czarem, po czym zasiedliśmy w jednej z knajpek, aby napić się czegoś ożywczego i skorzystać z mknącego niczym halny wiatr internetu. :P
Ech …się człowiek do cywilizacji przyzwyczaił.

Na kemping wróciliśmy bardzo późną porą z postanowieniem, że następnego dnia poskaczemy jeszcze trochę na bombę, a potem czas ruszać w nieznane.

sobota, 9 stycznia 2016

Kręty szlak do Boki Kotorskiej.







Następnego dnia dokonaliśmy standardowej analizy naszych pojazdów. Uzupełniliśmy olej silnikowy, przesmarowaliśmy łańcuchy, sprawdziliśmy poziomy płynów hamulcowych, zapakowaliśmy się na naszych metalowych towarzyszy i ruszyliśmy. Tuż za ogrodzeniem oddzielającym kemping od drogi przemknęła znajoma półciężarówka, której pasażerowie rozpoznali siedzących dwa dni wcześniej motocyklistów na ławeczce przystanku autobusowego, podziwiających panoramę Dubrownika. Panowie radośnie trąbili i machali do nas z rozdziawionymi od uśmiechów buziami. Odwzajemniliśmy pozdrowienia i ruszyliśmy w stronę nieodkrytej przez nas jeszcze Czarnogóry. Oj, niby człowiek się męczy upałem, ilością bagażu i ciągłym rozstawianiem namiotu, ale satysfakcja z jazdy jest w stanie wynagrodzić wszelkie możliwe niedogodności. Krajobrazy, czyste powietrze wciągane wprost do płuc, zapachy ogrodów, lasów, morskiej wody. Wszystko to tak uspokajająco działa na człowieka, czujesz, że jesteś prawdziwie wolny, nie myślisz o zmartwieniach i problemach po prostu jedziesz i podziwiasz różnorodność natury, a przy tym i bez obawy o słuch współtowarzyszy można śpiewać nawet „I will always love you”, bo i tak nikt nie słyszy. :)

Granica Chorwacji i Czarnogóry oprócz rewelacyjnych widoków pełnych przepastnych pól przeplatanych pojedynczymi iglastymi drzewami, przywitała nas też gigantycznym korkiem. Linia stojących w upale pojazdów ciągnęła się daleko przed nami, a GPS wskazywał, że przejście graniczne znajduję się jeszcze dobrych kilka kilometrów stąd. Małżonek rzucił do mnie tylko szybkie „Za mną!” i ruszył środkiem jezdni, omijając zwinnie wszystkich smętnie wyglądających przez okna samochodów turystów. Niektórzy byli wyraźnie poirytowani naszym przemknięciem, my jednak mając na sobie kostiumy motocyklowe i rozgrzane maszyny, nie mieliśmy ochoty na kiszenie swych ciał w pełnym słońcu. Przy samej linii granicznej nie było jednak problemu, by ktoś wpuścił nas do kolejki. Podziękowaliśmy wysoko uniesionymi lewymi rękami i skinieniem głowy. W zamian otrzymaliśmy również piękne uśmiechy młodych ludzi.

Żałowaliśmy, że nie włączyliśmy kamery, żeby nagrać te krajobrazy. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nie było widać morza, a i skały jakby pochowały się nie wiadomo gdzie. Zostały tylko zielone pagórki otulające drogę na południe.
Dzisiejszym celem była Boka Kotorska, widzieliśmy wcześniej kilka filmów dokumentalnych o tym miejscu, zacnie opisywane w przewodnikach, nie mogło nie znaleźć się na naszej długiej liście miejsc wartych odwiedzenia. Kiedy tylko z powrotem ujrzeliśmy morze, w zasadzie zatrzymywaliśmy się co chwila, gdyż każdy następny zakręt przynosił coraz to bardziej widowiskowy obraz.
Na jednym z nich przy próbie zaparkowania, próbowałam odbić się od wielkiej wyrwy w poboczu. Motocykl mnie przeważył i po raz drugi zaliczyłam glebę. Lekko zdekoncentrowana podniosłam niemrawo leżącego Trampka z pomocą Łukasza i kontynuowałam podziw nad scenerią. Kilka fotek i znów w trasę.

Decyzja o objechaniu całej Zatoki Kotorskiej zapadła w mgnieniu oka, gdzieżby tam płynąć promem, jeśli można jechać i podziwiać, a było co. Nasz szlak przebiegał w większości nad samą wodą, co w połączeniu z szerokością szosy i licznymi zakrętami znów wymusił na mnie niebywałe skupienie. Pomimo, iż powoli zapadał chłodzący ciała zmierzch, mnie było coraz cieplej. Do wąskich dróżek dołączyli oczywiście przechadzający się wczasowicze , samochody i autokary. Kilka razy o mały włos nie wpadłabym do zatoki razem z wszystkimi ruchomościami gapiąc się nie tam gdzie powinnam. Czas znaleźć jakiś nocleg, nie dam rady jechać dalej.
Ostatkiem sił wjechaliśmy na autocamp Mimoza, gdzie otwarcie i pogodnie przywitał nas ... Antonio Banderas???

piątek, 8 stycznia 2016

Mlini i Cavtat.














 Jechaliśmy więc spokojnie, gdyż dystans do pokonania nie był zbyt duży. Staraliśmy się czerpać z tej podróży maksimum przyjemności, choć czułam, że mój mąż denerwuje się na niezawodną jak do tej pory TDMkę. Nie zważając jednak na niedogodności pruł dalej wytyczając mi ścieżkę. Po raz pierwszy uświadomiłam sobie również, jak wiele spoczywało na jego barkach podczas dwóch poprzednich wyjazdów, kiedy to siedziałam za nim i nieświadoma ciężaru jaki na siebie przyjął, gapiłam się na widok

Do Dubrownika dojeżdżaliśmy, gdy słońce chowało się wśród obłoczków za horyzontem. Panorama tego miasta nocą była po prostu obłędna. Zatrzymaliśmy się na chwilkę na przystanku autobusowym, by móc uchwycić ten moment w pamięci. Liczne światła miasta podkreślały jego ogrom i niezaprzeczalne piękno. Rafał, mój kolega z pracy, często powtarzał mi, żebyśmy zwiedzili Dubrownik, bo jest to jedno z najpiękniejszych miast na świecie, nie mylił się. Tak jak rok wcześniej i teraz miasto z wielkimi, białymi murami wyrastającymi z morza zmusiło nas, by po raz kolejny zachwycić się jego bogactwem. Tuż obok panowie w półciężarówce poprawiali bagaże upakowane wewnątrz auta. Zerkali na nas lekko zainteresowani, ale do konfrontacji i rozmowy nie doszło.

Łukasz wpisał w nawigację, czy w okolicy jest dostępny kemping. Lekko zmęczeni całodniowym żarem lejącym się z nieba, dobiliśmy do wdzięcznego miejsca, Mlini. W niedalekiej odległości było miasteczko, które chcieliśmy zwiedzić, w związku z tym zdecydowaliśmy zostać tam 2-3 dni. Rozbiliśmy więc zwinnie nasz namiot, wzięliśmy gorącą kąpiel i postanowiliśmy zjeść coś pysznego. Zapragnęliśmy kawałka mięsa lub smacznej ryby, których tu przecież w bród, a przyrządzone przez miejscowych kucharzy smakują wybornie. Po drugiej stronie ulicy, jakieś 200 metrów na prawo, odnaleźliśmy nasz mały raj. Najedzeni pysznościami, napojeni lokalnymi trunkami korzystaliśmy z chwili prywatnej ciszy. Każde z nas na jakiś czas oddało się dziwnej, acz przyjemnej melancholii. Nic nie mówiąc , wtuleni w siebie, siedząc na tarasie utkanym z kiści winogron, patrzyliśmy na panoramę Cavtat, majaczącą gdzieś w oddali.

Niezwykle entuzjastycznie przywitaliśmy nowy dzień. Poczucie, że dziś nie trzeba uwijać się przed słońcem i pakować tych wszystkich rupieci na motocykle było błogie. Po wyjściu z namiotu dostrzegliśmy, że nasz wigwam stoi pod sporym drzewkiem figowym, a w około również granaty i pomarańcze. Dziwniejszy był fakt, iż za nami tkwiła smutna, opuszczona i zaniedbana kapliczka. „Co my, na cmentarzu spaliśmy?!”przyszło mi na myśl. Niestety do dziś nie znam historii tego miejsca, ale myślę, że przyjdzie czas, kiedy ją odkryję i się zdziwię.

Łukasz „upolował” strawę w pobliskim sklepiku. I zajadając się jajecznicą na maśle ze świeżymi pomidorami, studiowaliśmy przewodniki i mapy. Ciekawi Czarnogóry i Albanii, zastanawialiśmy się co nas tam czeka, jakie panują krajobrazy, jacy są ludzie i jakie przygody jeszcze przed nami. Tuż obok przysiadł się leniwy kot, cwanie czekający, aż skapnie mu coś z naszego karimatowego, niezwykle niskiego stołu. Cieszyłam się z jego towarzystwa, gdyż niewątpliwie tęskniłam za swoimi kocurkami, które musiały zostać w domu. 
Mieliśmy też okazję porozmawiać w naszym ojczystym języku, sporo Polaków obrało sobie nasz kemping jako miejsce docelowego wakacyjnego relaksu. Zadziwiające, że odrobina słońca wystarczy, żeby ze smutnych, szarych Polaków wyszła chęć do życia, radość i życzliwość. Było naprawdę serdecznie.

Po obfitych kąpielach, podziwianiu kolorowych rybek zwinnie kryjących się przed ciekawskimi oczami turystów i opalaniu, zapragnęliśmy w końcu pozwiedzać. Wszak nie samą jazdą i kąpielami człowiek żyje! Wieczorem zapakowaliśmy się do miejscowego MPK i w drogę.
Cavtat to maleńka miniaturka Dubrownika z ślicznym barokowym kościółkiem, w którym przyklęknęliśmy na chwilę, prosić o powodzenie naszej podróży. Tajemnicze, białe, kamienne, ośmiokątne mauzoleum rodziny Racic troszkę nas zadumało, a Pałac Rektorów zachwycił renesansowym stylem. W niewielkim porcie, skąd odpływają promy do Dubrownika, cumowało wiele luksusowych jachtów z pełną załogą i przepychem wartym grzechu niejednego nadzianego śmiertelnika.
Poczułam ochotę na coś słodkiego, a Ziółek chciał zwyczajnie napić się dobrze schłodzonego piwa. Zasiedliśmy w knajpce nad brzegiem morza i spełniliśmy swoje zachcianki. Gruszka w winie Dingac zaspokoiła moje pragnienie słodyczy, polecam ją każdemu, kto ceni sobie owoce w nieco innej wersji, równie pysznej choć może nieco mniej odżywczej. Cudownie przygrywający nam tego wieczoru pianista , sprawił, że ożyły wszystkie możliwe, znane hity o miłości i choć ckliwe i za większością nie przepadam, to brzmiały wyjątkowo pięknie i na naszych ustach pojawiły się nawet słowa tych pieśni, nieśmiało i cichutko brzmiące pod nosem.

Dzień upłynął bardzo szybko i przyjemnie, ale coś pod skórą nie dawało spokoju. Niecierpliwość wymieszana z niepokojem i ekscytacją. Dobrze znana Chorwacja już nam się znudziła i opatrzyła, czekało nas nieznane, nowe i niewiadome. Biała karta, którą mieliśmy wypełnić zupełnie innymi przeżyciami. Nie mieliśmy wtedy pojęcia, ile fascynujących historii zafunduje nam los tego lata.

środa, 6 stycznia 2016

W drodze na Dubrownik.









Otworzyliśmy powieki nieco niechętnie, stopery dobrze spełniły swoją funkcję. Wyszliśmy z namiotu w dalszym ciągu oszołomieni natłokiem ludności przebywającej na naszym noclegu. Zauważyliśmy, że para, która wczoraj rozbijała swoje tipi obok nas, również patrzyła na cały krajobraz z lekkim niesmakiem. Łukasz zapytał czy nie napiliby się z nami kawy. Magiczna kuchenka biwakowa zakupiona specjalnie na tę wyprawę, ratowała nasze żołądki gorącą herbatą wieczorem i jakże pobudzającą kawą rankiem. Andrea i Ivan, para Bośniaków, którzy się na nią skusili, okazali się być wyśmienitymi rozmówcami. Dziewczyna świetnie władała angielskim, ale też niemieckim i japońskim. I tak od filiżanki boskiego czarnego napoju, zaczęła się wyjątkowo sympatyczna rozmowa. Rozprawialiśmy nad urodą Chorwacji, a także naszych ojczyzn. Polecaliśmy sobie nawzajem miejsca warte zwiedzenia, opowiadaliśmy o naszych podbojach podróżniczych, nie tylko motocyklowych. Ivan  oczarowany dźwiękiem mojego tłumika, sprawiał wrażenie lekko zszokowanego, że dziewczyna zasuwa takim środkiem transportu wraz z mężem po agrafkach chorwackiego wybrzeża. Nieobcy był nam również temat taki jak polityka, przy którym rozbudziły się uśpione emocje naszych Panów. Bośnia i jej mieszkańcy wydawała nam się mieć dużo wspólnego z Polską. Podobna mentalność i doświadczenie niełaskawej historii sprawiły, że z jednej filiżanki kawy zrobiło się pięć.
Słońce wzbiło się na błękitne niebo już bardzo wysoko i chociaż rozmawiało się miło, wiedzieliśmy, że czas ruszać. Zebraliśmy nasze tobołki, zapakowaliśmy je z dużo większą wprawą na nasze maszyny, pożegnaliśmy się z uroczymi rozmówcami i ruszyliśmy.

Ponieważ Tedzia cały czas sugerowała, że nie najlepiej się czuje. Postanowiliśmy odwiedzić serwis motocyklowy w Splicie. Jako że temperatura dobijała, zadecydowałam, że przejadę się bez kurtki. To był mój błąd, tym bardziej, że sierotka zapomniała posmarować się filtrem.
Recepcjonista serwisu usłyszawszy o naszym problemie, uniósł nieśmiało kącik ust w lekkim, szyderczym uśmiechu i rzucił przez zęby - „dwa tygodnie”. Spuściliśmy więc głowy i wyruszyliśmy dalej, mając nadzieję na odnalezienie mechanika w Dubrowniku.

Przyznam, że nie mogłam doczekać się tej trasy. Pamiętałam z zeszłego roku, że widoki przyspieszają bicie serca i nie ważne ile obejrzało się zdjęć, żadna fotka nie odda wspaniałości tej drogi. Nić serpentyny na zboczu górskiego urwiska wzdłuż turkusowego morza otulającego skały, w oddali szaro zielone wzniesienia, wyrastające wysoko w krystalicznie czyste powietrze, wyskakiwały zza horyzontu jeden za drugim. Najbardziej urokliwe jednak są malutkie domki wetknięte w stopy tego przyrodniczego majestatu, a przy nich spokojnie kołyszące się białe łódki, mogłoby się wydawać, że leżą tak na niewidzialnym hamaku nad oszałamiająco czystą wodą i oddają się kontemplacji.

Czekaliśmy również na plantację tajemniczo wyglądających roślin. W środku doliny między górskimi szczytami, objawiła się nam soczysta zieleń poprzedzielana systemem kanałów do nawadniania. Czyżby jakiś zmutowany ryż? Uśmiechnęliśmy się do siebie zatrzymując się na szczycie kolejnego pagórka, aby odrobinę odpocząć. Widok tak jak poprzedniego lata zrobił na nas wrażenie. Korzystając z uprzejmości Pana Chorwata, który sprzedawał domowe wyroby, zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie, i tu znów od małej, prostej rzeczy – zdjęcia, zaczęliśmy ciekawą rozmowę. Chociaż Pan nie mówił w żadnym obcym języku, świetnie porozumiewaliśmy się na migi. Okazało się, że tajemnicze rośliny to plantacja kiwi i mandarynek. Pomimo, że zakupiliśmy tylko kiść pięknych winogron, by napełnić nasze puste żołądki, gospodarz stoiska poczęstował nas wszystkim co tylko miał do spróbowania i było pyszne. Czuło się, że to domowe specjały z babcinej, chorwackiej, wypracowanej latami kuchni. Przyjemnie. Poczułam ogarniające lenistwo.
Nie, nie teraz, będzie jeszcze czas na leniuchowanie, teraz trzeba jechać. Ruszyliśmy więc dalej.   

wtorek, 5 stycznia 2016

Upał kontra Ivan.


Niespokojnie wyjechaliśmy na kręte uliczki mieściny, Pan Słoweniec ułaskawił jednego z posiadaczy warsztatu i stwierdził, żebyśmy do niego zajrzeli. Tak też zrobiliśmy, po chwili błądzenia po osiedlu dotarliśmy do ukrytego wśród krzaków za główną ulicą garażu. Właściciel mówił ewentualnie tylko po niemiecku, jego córka słabym angielskim, a żona wcale, nie przeszkadzało im to jednak nas uraczyć bosko mocną kawą i pogadać na migi. Niestety po oględzinach Tedzi nie byli w stanie nam pomóc, nie mieli części, a czekanie na nie zajęłoby tydzień. Dopiliśmy więc kawę i spokojnie ruszyliśmy główną trasą do Splitu.

Temperatura była okrutna, co jakiś czas musieliśmy się zatrzymywać, żeby uzupełnić płyny i skryć się w cieniu. Zbawienne okazywały się sklepy i stacje z klimatyzacją, chwila wytchnienia i zimny jogurt. Ale absolutnie nic nie było w stanie pomniejszyć naszych zachwytów nad widokami, bo każdy kto jechał tą trasą choć raz wie jak tam pięknie. Lazurowe morze delikatnie falujące, ale z trzaskiem bijące o liczne skały, krzycząc,że i tak w końcu wygra z nimi bitwę. Na nim miliony motorówek, jachtów i kolorowych masek do snorkellingu nieśmiało wystających sponad tafli tego bezkresu. Jaskrawy błękit nieba, którym zawładnęły ptaki, gdzieniegdzie poupychane białe obłoczki oraz lotnie, latawce. I zieleń soczysta, aż rażąca w oczy, chociaż nieco zmęczona nieubłaganym słońcem.
Koła naszych dzielnych rumaków kręciły się powoli, a my razem z nimi oddaliśmy się wolności , tak bardzo, że aż pierwszy przymusowy postój upałowy zmusił nas i do myślenia i do jedzenia.

Zanim doszłam do siebie minęły chyba dwie godziny, a może i dłużej. Ledwo dojechawszy do stacji benzynowej padłam w cieniu drzewa na mrówkach, które szybko zmusiły mnie żeby targnąć swój zad w inne miejsce. Podczas tego jakże urodziwego leżakowania na stacji benzynowej, minęlo nas kilkanaście osób. Część pytała co my tu robimy, część spoglądała tylko znacząco, że dama leży na glebie. W nosie to miałam i przyznam, że nawet pozytywne relacje nie były w stanie podnieść mnie z trawy. Łukasz porozmawiał dłuższą chwilę z polakami, którzy wynajęli skutery i postanowili pojeździć po okolicy. Moja maligna zaczęła odpuszczać i nawet zmieniłam pozycję z horyzontalnej na siedzącą. 
Ucieszyliśmy się na widok motocyklisty, który zjeżdża tuż obok nas , aby zatankować i też odrobinę odpocząć. Pan okazał się być kanadyjskim rolnikiem, który przez trzy miesiące podróżował po Europie. Nie udało nam się zachęcić go do zwiedzenia Polski, ale kto wie , może jednak pojechał? Miał zobaczyć czeską Pragę to i może do nas zawitał. Mijaliśmy go jeszcze później, ale tylko przejazdem po trasie. Nic nie poprawia samopoczucia bardziej niż podszkolenie języka obcego z native speakerem, dodało nam to mocy i pożegnawszy się z Panem Kanadyjczy
kiem ruszyliśmy dalej. Ponieważ nieoczekiwane omdlenie nieco pokrzyżowało nam plany, postanowiliśmy, że zanocujemy w samym Splicie. I warsztat był blisko i kemping niedaleko.

Trafiliśmy na straszny przemiał turystyczny, ludzi multum, nie było nawet źdźbła trawy, położenie samego kempingu i widoki owszem cudne, ale klimat okropny. Przysługiwały nam, uwaga, 3 prysznice dziennie kodowane na specjalny chip, który otrzymywało się po zameldowaniu. Owszem warunki czyste, nawet stylowe, i knajpa blisko i sklep tuż obok, ale to nie dla nas. Wcisnęliśmy nasz dobytek w małą lukę między dwa namioty. Po lewej rozbijała się jakaś zmęczona para, po prawej młodzi panowie z Holandii raczyli się lokalnym piwem w dużych ilościach, co było widać po znaczącej liczbie butelek ułożonych niechlujnie pod ścianką namiotu. Gdzieś niedaleko jakaś rodzina z małymi dziećmi nie potrafiła w żaden sposób uspokoić swych pociech. Zerknęliśmy na siebie z Ziółkiem i już wiedzieliśmy, że: 1) tej nocy nie obejdzie się bez stoperów, 2) rano szybko uciekamy gdzie pieprz rośnie.

Zadar.













Minęliśmy więc centrum i kręcąc się dość długo po krętych, stromych i bardzo wąskich uliczkach obrzeży Zadaru znaleźliśmy stary, zapyziały kemping, który jak się okazało ożywał tylko w sezonie letnim dla turystów. Uroczy właściciel wynegocjował z nami cenę, wskazał miejsce i padliśmy.
Potrzebowaliśmy odpoczynku. Kilka dni ciągłej jazdy i palące słońce zmuszały do dłuższego postoju. Ponieważ słońce było jeszcze dość wysoko, rozstawiliśmy namiot i stworzyliśmy sobie takie małe, motocyklowe obejście. Mąż stwierdził, że musi rozebrać motocykl, gdyż ciągle odczuwa nieprzyjemne szarpanie w motorze zwłaszcza, gdy jedziemy poniżej 100 km/h. (a ciągle tak jechaliśmy, biorąc żonę, świeżaka i sierotę na taką wyprawę musiał dostosowywać prędkość do moich „wyczynów”). Hm... nagle konsternacja, „nie mam kluczy do świec”, zabrał wszystko inne co tylko mogło być potrzebne, a ta rzecz w ferworze „walki” o spakowanie motocykli, gdzieś wyleciała z głowy. 

Nic to , pomyślałam jest tu tylu ludzi, jest wifi , znajdą się i klucze i warsztat. Zauważyłam również, że przygląda się nam z ukosa pewien mężczyzna, który wraz z żoną rozbili się tam zdecydowanie na dłużej patrząc po ilości dobytku jaki ze sobą przywieźli. Nasze spojrzenia w końcu się spotkały, a Pan wyruszył w naszym kierunku. Widząc, że miotamy się ze sprzętem zapytał czy nam czegoś nie potrzeba . Uratowani?! Nie bardzo Pan Słoweniec miał wszystko tylko nie klucze do świec... za to zabawiał nas skutecznie rozmową, bardzo dobrze posługując się angielskim. Tego wieczoru odpuściliśmy, skupiliśmy się na kąpieli w morzu i dobrze schłodzonym piwku. Wracając na chwilę do namiotu zauważyliśmy polską rejestrację na Transalpie 600. Jakież była nasza radość, gdy okazało się, że to polska, młodziutka para z kluczami do świec. :) 

Tamten wieczór i część nocy, spędziliśmy w towarzystwie Pawła i Kamili. Niedorzecznie zaskakujące jak ludzie potrafią się przed sobą otworzyć w takich warunkach. Mój małżonek zdecydowanie potrzebował męskiego towarzystwa. Samoistnie nasza czwórka rozbiła się na dwa obozy. W damskim o życiu, o pracy, o plotkach, a w męskim jak można się domyśleć...gadżety, gadżety, gadżety. Bardzo polubiłam Kamilę, myślę, że miałyśmy sporo wspólnego i dobrze dogadywałybyśmy się w codziennym życiu jako na przykład koleżanki z pracy. A i Paweł był niezwykle rozgadanym gościem, co chwilę sypiącym z rękawa żartami na każdy temat. 

Następny dzień upłynął mi pod znakiem kąpieli, wreszcie mogłam zasnąć wysmarowana filtrem na słońcu i chłonąć witaminę D, a potem plusnąć do wody jak foka. I na odwrót też. Panowie ( Pan Słoweniec, Paweł i mój mąż) walczyli z TDMką, a to rozbierali,a to czyścili, a to zakładali znowu, Szarpanie nie ustało, a dym z rury zamienił się na czarną jak smoła śmierdzącą chmurę. Werdykt? - gaźniki, jak nic. Ach...zapomniałam zupełnie, że Pan Słoweniec po wczorajszej kolacji, siedząc w knajpie wypisał nam listę wszystkich dostępnych warsztatów motocyklowych do samego Splitu. Następnego dnia, w trakcie kombinacji z Ziółkową Yamahą , wydzwaniał do każdego prosząc o pomoc. Pan Słoweniec doskonale znał chorwacki, co czyniło go takim troszkę małym zbawieniem w tamtym miejscu. W międzyczasie zjawiła się chyba połowa męskiej części kempingu, przyglądając się co ten wariat tam robi i komentując w niezrozumianym dla nas języku. Wszyscy zgodnie ustalili – gaźniki. Co z tego skoro w żadnym warsztacie nie mieli dla nas czasu.Łukasz wymienił świece, na chwilę było lepiej, ale też nie specjalnie ruszaliśmy się dalej z miejsca. 

Pozwoliliśmy sobie na pognicie nad wodą jeszcze jeden dzień. A co, w końcu wakacje. Zacieśniliśmy więzy z Panem Słoweńcem, przyniósł nam do picia ichniejszy trunek ( mocny jak diabli), debatowaliśmy o życiu, i w tej jakże sielankowej scenerii... robiłam ręczne pranie. Żona Pana Słoweńca nie skusiła się na rozmowę z nami...nie wiem czy nie znała angielskiego, czy po prostu nie odpowiadało jej towarzystwo szaleńców z Polski, ale za to dołączyli Kamila i Paweł.
Poszliśmy też do miasteczka na kolację spróbować miejscowych pyszności. Mój ślubny uraczył się kałamarnicą, a ja miałam ochotę na wielki talerz mięsa, który pokonał mnie na samym początku. Nawet największy mięsożerca nie dałby rady zjeść tej ilości. Po obfitym posiłku siedzieliśmy w ogródku obok małego portu, łódki kołysały się spokojnie jakby śpiąc i czekając na poranny połów ryb. Pomimo, że wszędzie mnóstwo ludzi, czuliśmy, że jesteśmy tam sami. Rozprawialiśmy o tym co już widzieliśmy i co jeszcze nas czeka, wspominaliśmy, a przecież tyle jeszcze przed nami. Nie omieszkaliśmy skorzystać również z wifi i zdać relację znajomym, że żyjemy i mamy się nad wyraz znakomicie. Chłonęliśmy ten wieczór i ten spokój mimo tłumów, nasz spokój.

Kolejny dzień obudził nas gorącem, pomimo iż schowaliśmy się za budynkiem i dodatkowo zawiesiliśmy kawałek osłony przed słońcem, poranek był tak duszny,  że nie dało się spać w środku. Wypełznęliśmy jak robaki z nory do cienia i pospaliśmy jeszcze chwilę. Zaczynało nam brakować drogi, pędu powietrza , potu spadającego cienką strużką po kręgosłupie i tych obłędnych widoków, które jeszcze przed nami. 

Ruszamy dalej!
Niestety nie zdążyliśmy wymienić się danymi adresowymi do Kamili i Pawła, mam nadzieję, że szczęśliwie ukończyli swoją przygodę z Chorwacją z ogromnym bagażem wspomnień.