Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 30 października 2016

Trampkami przez Polszę. "12"

Sturlaliśmy się z górki z powrotem na dół nie patrząc już na widoki i zatrzymaliśmy się przed pierwszym, lepszym pensjonatem. Sympatyczna Pani wskazała na pokoik i twardo trzymała się ceny wynajmu, pomimo iż w miasteczku pustki. Nic to. Zdenerwowana zachowaniem pijanego Górala, chciałam się już tylko umyć i zjeść w knajpie jakiś porządny podhalański posiłek. 
Szybciutko ruszyliśmy do drewnianej chaty stojącej nieopodal naszego lokum. Już od progu roznosił się aromatyczny zapach kwaśnicy, który przywitał nasze wygłodniałe brzuchy.

Starszy Pan Kelner był niewątpliwie atrakcją tej restauracji. Pojawiał się i znikał, i chociaż na początku w knajpce siedzieliśmy tylko my, to ciężko było się z nim porozumieć. Kiedy już zebrał nasze zamówienia dołączyła do nas  grupka młodych ludzi. Z ich zachowania widać było, że nie pierwszy raz mieli zamiar konsumować tam posiłek. Z ich podszeptów wywnioskowaliśmy, że to  jakie danie się otrzyma jest tu loterią, gdyż starszy Pan Kelner niczego nie zapisuje na kartce i wszystko mu się miesza. I chociaż w każdym innym miejscu człowiek pewnie wyłożył by mu jakiegoś bulwersa i wykład o tym jak powinien zachowywać się takiż właśnie Pan, nikt nie śmiał odezwać się nawet słowem, może to magia gór, a może po prostu sam Pan Kelner miał w całym swym zakręceniu tyle uroku, że nikt nie chciał go odkręcać.

Dzień Dziwaka, dosłownie.

Wypity do obiadokolacji browarek rozłożył nas kompletnie. Biegiem wróciliśmy do pokoju i przykładając głowy do miękkich poduszek, zasnęliśmy w przeciągu kilku sekund. 

Spaliśmy długo, nawet bardzo długo. Nasze kostki i gnatki zmęczone remontem i podróżą, widać potrzebowały solidnego snu w miękkim łóżku. Łukasz wyszedł na balkon poobserwować Pana Właściciela jak kładzie szalunki na fundament ogrodzenia i rzekł: "proszę Pana, Pan dzisiaj tego nie zalewa, ma dziś padać". "Ej Panocku, toż to zadnej chmurki na niebie nie widać, to z cego by ten descyk spadł". Odparł nieco obruszony Góral.
Wzięliśmy ożywczy prysznic, a potem był czas na pyszne, gorące śniadanie. Najedliśmy się do rozpuku: wiejska kiełbaska na ciepło, soczysty pomidorek ze śmietanką, gotowane wiejskie jajka, ależ to tam smakowało, zalaliśmy to wszystko kawą i postanowiliśmy ruszyć na górski spacer. 

Ciężko się dreptało z wypełnionymi żołądkami, ale słońce, rześkie powietrze i widoki umilały nam wędrówkę. Niestety jak dwa ostatnie osły nie wzięliśmy ze sobą wody, więc szalona temperatura zmusiła nas do powrotu. Całe szczęście. Krótko po tym jak dopełzliśmy spragnieni do pensjonatu, z nieba lunął przeraźliwy deszcz. Burza rozszalała się na dobre, mocno dudniące grzmoty i rozbłyskujące na szczytach pioruny uziemiły nas w pokoju. Dopiero późnym wieczorem przestało lać. Wyskoczyliśmy więc szybciutko po zaopatrzenie do sklepu
. 
Z nudów włączyliśmy telewizor. Obejrzeliśmy na naszym pokojowym TV  dokument o Ince i Zagórczyku, w sumie z przypadku, bo do wyboru mieliśmy kanał pierwszy,pierwszy i śnieżący pierwszy. Nie narzekaliśmy, bo rzeczywiście film wciągnął nas mocno, a emocje o jakie nas przyprawił, były przyczynkiem do długiej nocnej rozmowy.

Zdecydowaliśmy też, że nasze tegoroczne tempo jest bardzo powolne, a czas który nam został na podróżowanie i odkrycia dramatycznie się kurczył. W związku z tym, z bolącymi serduszkami wykreśliliśmy z listy odwiedzin ukochane Bieszczady.


wtorek, 11 października 2016

Trampkami przez Polszę. "11"


W nocy przepychaliśmy się z Ziółkiem walcząc o miejsce na materacu, w rezultacie, któreś z nas spało na zimnej ziemi. Rano nie obyło się bez dyskusji, kto kogo spychał z wąskiego, prowizorycznego łóżeczka. 
Marta ciągle dopytywała kiedy w końcu wstaniemy, a kiedy podnieśliśmy zziębnięte tyłki by wstać, przybiegła  do nas radośnie. Nastąpiła kontynuacja rozmów przy kilku kubkach gorącej kawy. Pomimo, że pogoda dopisywała w dzień, wieczory, noce i ranki nieustannie przypominały, że wakacje spędzamy w Polsce.   

Nasz wyjazd opóźniał się w bardzo sympatycznej atmosferze. Krysia pomagała mi w złożeniu namiotu, podczas gdy Łukasz się kąpał, a jej mąż zabrał dzieciaki nad rzekę. Rozprawiałyśmy o typowo kobiecych sprawach, nie mogąc przestać. Dopiero Maciek uświadomił mojej rozmówczyni, że tego dnia też mieli wyjechać, a ona zamiast korzystać ze słońca gada i gada. :) 

Oczywiście wyjeżdżaliśmy podczas największego wzrostu temperatury. Pożegnaliśmy wszystkich obozowiczów, a naszej zaprzyjaźnionej katowickiej rodzince pomachaliśmy przejeżdżając przez malutki most. Uśmiechy od ucha do ucha i w drogę.

Tego dnia zmierzaliśmy w ukochane Tatry, bardzo długo nie odwiedzaliśmy tych rejonów, więc radość z tego faktu gotowała się w naszych serduszkach kipiąc błyszczącymi oczami i szerokim bananem  na twarzy.  Przejazd przez Bielsko Białą i Żywiec nas porządnie zmęczył - gorąco, korki, duży ruch i cuchnące spaliny. O jeżu mój kolczasty... . Mały postój przed supermarketem przywrócił siły. Mąż mój zaopatrzył nas w apteczki, gdyż część trasy mieliśmy przejechać przez Słowację. Przy okazji zakupił też cudownie zimne LODY. Smakowały  obłędnie dobrze.

Kiedy naszym oczom ukazała się panorama Tatr, a ilość zakrętów przybrała na ilości, czuliśmy się jak w niebie. Delikatne, białe obłoki, zielone hale pełne owieczek i szare lecz majestatyczne góry. Piękna nasza Polska cała! Zwolniliśmy i bujając się na licznych winklach, poczuliśmy jak bardzo można tęsknić za miejscem, które się kocha i jak dobrze czuje się człowiek, gdy w to miejsce wraca.

Ogłupieni widokami, zboczyliśmy z trasy nie wiadomo kiedy. Zatrzymaliśmy się i siedliśmy nieopodal remizy strażackiej w miejscowości Suche, by zdjąć kaski i rozprostować nogi. Znikąd pojawił się młody kompletnie, nawalony góral. Usiadł obok nas bredząc coś pod nosem. Usłyszał nazwę Małe Ciche i momentalnie zaczął tłumaczyć nam kierunek jazdy. Chwilę później usłyszałam jak podrywają pijani górale... "Ale ty ładno jesteś, jakbyś ty miała ze dwa roki mni to bym się tobą zaopiekował. ( chwila na pokiwanie się w alkoholowym transie) Jak bym cię przewiózł samochodem, to na pewno by ci się spodobało." Łukasz zaczął protestować, ale chłopak kontynuował nie zważając na oburzenie mojego męża.  Młody zmienił nagle temat mówiąc: " Żem się ostatnio na motorze wydupcył" i pokazywał swe rany cięte i szarpane. Biadolił również o swoim pracodawcy oszuście, a my baaaaardzo szybko zaczęliśmy uciekać. ;) 

Na miejscu docelowym spodziewaliśmy się tłumów, ale zaraz zaraz ...przecież to już koniec wakacji, dlatego takie pustki. Krążyliśmy jeszcze po prawie bezludnym miasteczku w poszukiwaniu noclegu. Zapowiadano załamanie pogody w związku z tym teraz szukaliśmy pokoju z pięknym widokiem. Wspinaliśmy się powoli pod górę mijając kilka znaków informujących o wolnych miejscach, ale ciągle byliśmy za nisko. Nagle skończyła nam się wąziutka droga. Cholera jak ja mam tu zawrócić?! 

Motocykl zjeżdża, bo stopień nachylenia duży, a mnie brakuje już siły. Łukasz zwinnie wywinął na wyłożonym kostką podwórku, a ja stałam jak ostatni mongoł w miejscu. Zebrałam się w sobie i spróbowałam tego co Ziółek. Jak grom z jasnego nieba, z ślicznego domku wypadł wprost na mnie, tym razem stary, nawalony góral bardzo konkretnie wyrażając swoje niezadowolenie, z naszej obecności na jego podjeździe. Stanęłam jak wryta. 

Starałam się Pana jakoś przeprosić, tłumacząc się moją nieumiejętnością, ale otumaniony alkoholem nie przyjmował do wiadomości absolutnie żadnych wyjaśnień. Bałam się, że podejdzie i mnie przewróci, poza tym przez jego krzyki straciłam wszelką motywacje do podjęcia próby bezpiecznego zjazdu z tego wzniesienia. 

Poirytowany moją bezradnością Łukasz, zeskoczył ze swojego Trampka i natychmiast wyratował mnie z opresji. Nie cierpię kiedy ktoś jest chamskim gburem, rozumiem, że facet mógł się zdenerwować. OK, ale gdy ktoś się kaja, przeprasza i chce szybko naprawić błąd powinno się być człowiekiem. Do oczu napłynęły mi łzy.

sobota, 1 października 2016

Trampkami przez Polszę. "10"

Potworny upał zmusił nas do zakupienia porządnie schłodzonej wody w markecie. Ziółek skoczył do sklepu, a ja zostałam w cieniu na parkingu. Jakiś stojący nieopodal facet w oplu, przyglądał mi się badawczo. Udając, że nie widzę jego wzroku grzebałam w telefonie odkrywając fejsbuniowe nowości. W końcu facet pękł: " Ręce pani nie bolą od jazdy?" zapytał nieśmiało. Kurczę, pomijając zaliczenie gleby kilkadziesiąt minut temu, to w sumie nie - pomyślałam i tak też odparłam.  W zeszłym roku przecież opracowałam cały zestaw ćwiczeń rozluźniających nadgarstki i kręgosłup podczas jazdy :P. Później padały pytania o wiek mojego motocykla i spalanie. Odpowiadałam równie spokojnie jak Pan pytał, po czym Małżonka szanownego Dżentelmena wróciła z zakupów, a Pan prawie bezszelestnie pożegnał się ze mną szybkim machnięciem ręką, jakby w obawie przed swoją kobietą. 
Łukasz dziarsko wyszedł ze sklepu ze swoją zimną zdobyczą, zrobiliśmy kilka porządnych, łapczywych łyków i ruszyliśmy dalej.

Trasa prowadziła przez mało przyjemne drogi, duży ruch, mnóstwo aut, smród spalin. Jakoś tak jechaliśmy bezwiednie przed siebie. Jakiś kretyn w chevrolecie uczepił się mojego "tyłka" tak blisko, że byłam pewna, że w przypadku hamowania awaryjnego rozjechałby mnie i zostałaby jeno mokra plama. Następnie wjechaliśmy na mniej uczęszczane uliczki , lekko kręte , a widoki coraz wyższych wzniesień koiły nasze oczy. Ponieważ na świecie nie brakuje młodocianych kozaków, chcących popisać się przed swoją wątpliwą Lejdi, również i Mój Mąż miał obawy, gdy szalony kierowca audicy ledwo zmieścił się w zakręt, jadąc wprost na niego.

Ten wieczór miał być zły. Lekko zziębnięci po upalnym dniu i dość chłodnym wieczorze dobiliśmy do Brennej próbując ominąć masę ludzi, wyłażących zza każdego rogu tej miejscowości. Okazało się, że w gminie są dożynki i multum miejscowych zjechało na to wydarzenie. Karuzele, prowizoryczne strzelnice, stragany z chińskimi podróbkami  wszystkiego, zapach cukrowej waty, obwarzanków  i powódź ludności... Dotarliśmy na kemping, w końcu! Ale za to nikogo na recepcji. Czekaliśmy i nic. Dzwoniliśmy i nic.
Bardzo chciałam się już umyć i pójść spać. Recepcjonista w końcu odebrał telefon i twierdząc, że nie chce przeludniać swojego królestwa, kazał nam szukać noclegu gdzie indziej. Nie dam rady, jest ciemno, jestem zmęczona, jest mi zimno - żadne z błagań nie pomogło. Chcąc nie chcąc musieliśmy na nowo przedrzeć się przez tabuny próżności i znaleźć miejsce na rozstawienie namiotu w innym miejscu.  

Pokierowani przez malutka kartkę, na której zamieszczone były nazwy innych kempingów w tej okolicy, skierowaliśmy się na ulicę Krzywonek. Uroczy, zadbany, mały biwak z dala od sielskiej atmosfery dożynek. Zostajemy! Łukasz pojechał po prowiant do Biedry, a ja rozstawiłam namiot, dzięki pomocy serdecznego Pana i jego córeczki. Od słowa do słowa i niemiły wieczór zamienił się w zacną pogaduchę. Maciek, Krysia, Paweł i Marta- katowicka rodzinka o wielkim serduchu. Nie pamiętam kiedy tak dobrze rozmawiało nam się z kompletnie obcymi ludźmi. Przestało mi przeszkadzać zmęczenie i zimno. Inni obozujący również byli dla nas wyjątkowo życzliwi i uśmiechnięci. Zajadając resztki suszonych owoców od Grzesia i popijając piwo biesiadowaliśmy do późnych godzin nocnych, aż wreszcie wszyscy zgodnie postanowili, aby pójść spać.

wtorek, 27 września 2016

Trampkami przez Polszę. "9"





























Ziółek wstał ochoczo i zaparzył porannej kawy. Dobrze mi się spało więc niechętnie wytoczyłam się z namiotu. Uśmiech na dzień dobry dla niewyspanych Niemców-sąsiadów i łyk gorącego napoju. Siedziałam jak zahipnotyzowana patrząc co dzieje się wokół. Alejka kasztanowców w świetle przedpołudnia równie leniwie jak ja machała gałązkami. Rosa nagromadzona na trawie podczas zimnej nocy, parowała od narastającego ciepła, utrzymując w powietrzu delikatną mgłę. Niedaleko przemknęła wystraszona mysz. Wszechobecny był dźwięk budzących się ludzi, rozsuwanych suwaków, pobrzękujących garnków, szeleszczących folijek z przygotowaną strawą, a na drzewach niezmiennie siedziały ptaki, świergoląc zapewne o końcu lata.

Dochodziło południe zanim wykąpaliśmy się i złożyliśmy nasz biwak. Słońce coraz wyżej na niebie pośpieszało nas, by w końcu ruszyć przed siebie.  Do Zamku Moszna mieliśmy jakieś 50 kilometrów, rzut beretem. 
Na miejsce dojechaliśmy szybko, lecz nie z tej strony, nawigacja nie tylko nas, wprowadziła w błąd. Korzystając z chwilowego postoju zjedliśmy śniadanie, jak zwykle na moim Trampkogarkuchni, a co jakiś czas turyści pytali nas czy to tu jest wejście, bo GPS im kazał tutaj. :) Po szybkich kanapeczkach i my nabraliśmy mocy na zwiedzanie. Krótkie zawirowania z parkingiem nas lekko poirytowały: "tu nie można, bo wesele", "a tu nie można po parking hotelowy", "a tu trzeba zapłacić" ( niemało), "a tutaj nie można, bo konie bedo szły". Losie kochany, dwa małe motocykle, a tyle zamieszania. Wreszcie zaparkowaliśmy nieco dalej, ale za to w pięknym cieniu koło budki z kiełbaskami, której właściciel, poza rzecz jasna propozycją konsumpcyjną, zagadywał nas o nasze podróże, opowiadając również o swoich.

Nader często odnoszę wrażenie, że w naszym kraju nieodpowiedni ludzie zajmują się nieodpowiednimi rzeczami. Jak można bajkowy pałac ogrodzić starą zieloną siatą. (!) Dramat. Widzisz sobie taką budowlę, przenosisz się w pamięci do Disney'owskich  opowieści, a tu ... zielona kupa.  
Rozśmieszyło nas też wejście na teren budowli, za niewielką co prawda, ale jednak opłatą można było sobie pochodzić wokół i podziwiać, a wejście do środka to już zupełnie inna kwota.  :) Nic to. 
Przy drzwiach recepcji przywitał nas wypoczywający w cieniu, rozleniwiony i zupełnie nie przejmujący się tabunami ludzi kocur.  

Ponieważ wejście na zwiedzanie tylko z przewodnikiem, mieliśmy chwilę na toaletę i obejrzenie oranżerii. Zdziwił mnie fakt, że dawna poczekalnia dla gości została przekształcona w żwawo funkcjonującą kawiarnię, zapełnioną po brzegi. Kolejny kapitalistyczny punkt zarobku, takie czasy.  Zwiedzanie zaczęło się właśnie od tego miejsca i przyznam, że nie było mi komfortowo próbując usłyszeć o czym mówi Pan Przewodnik wśród dźwięków rozmów, brzęczących filiżanek i odgłosów ekspresu do kawy.

Zgadnijcie co znajdowało się w tym zamku? Tak ...szpital dla znerwicowanych. Zupełnie jak w poprzednich budowlach, i tu wszystkie dobra zostały skradzione i wywiezione Bóg tylko wie dokąd. W bibliotece ostały się ogromne, drewniane szafy, których najprawdopodobniej  nie zdołano wywalić za okno i zrobić z nich wielkie ognisko. W Sali pod Pawiem( kiedyś Sali Lustrzanej, gdzie damy stroiły się przed imprezami) i Sali Balowej ostały się jedynie okruchy przeszłości.  Zostało tylko to czego nie dało się szybko wynieść lub zniszczyć, czyli zdobione sufity i ściany. Najbardziej okazałym wnętrzem był Gabinet Pana, gdzie można było usłyszeć najwięcej ciekawostek związanych z próżnością i ogromnym ego właściciela. W kaplicy zamkowej dzieła zniszczenia dokonali radzieccy żołnierze urządzając sobie stajnię dla koni. Wewnętrzna część rezydencji nie powalała, ale za to zewnętrzna... Ogrom wspaniałości. Poza mierżącą mnie siatką, teren był zadbany, przystrzyżona trawa, tryskające fontanny, zabytkowe dęby, ławeczki, no i oczywiście sam zamek. Po wyjściu ze zwiedzania, trafiliśmy na dziedziniec skąd można było zobaczyć pierwotną część pałacu, a później dobudowane do niego skrzydła z wieżami. Odeszliśmy nieco dalej, by usiąść w cieniu i strzelić kilka panoramek.

Wracając do motocykli ktoś nas zaczepił, co to za ludzie? Okazało się, że to zupełnie nie znana mi rodzina Mojego Ziółka. Góra z górą się nie zejdzie, a ...
Fajnie było ich poznać, pozytywni, uśmiechnięci ludzie. Pozdrawiam serdecznie, jeśli czytacie. Wspólna rodzinna fota i w drogę. 

Ziółek zaszedł jeszcze do toalety, a ja wróciłam przed recepcję, gdzie w tym samym miejscu ciągle leżało wymięte kocisko. Usiadłam na ławce, a obok mnie kobitka z psiakiem. Ucięłyśmy sobie drobną, ale miłą pogawędkę o niczym. 

Zbieraliśmy się w drogę. Ruszając mój motocykl nieco się stoczył i kufrem zaczepił o płot. Przeważył mnie choć z całych sił starałam się go utrzymać. Gleba. Na szczęście ucierpiał jedynie prawy gmol i mój waleczny nadgarstek. 

piątek, 23 września 2016

Trampkami przez Polszę. "8"














Upał dawał nam się we znaki. Zastanawiam się jak to jest możliwe, że w zeszłym roku przejechaliśmy tysiące kilometrów i tam skwar nie dokuczał aż tak bardzo. Kwestia wilgotności powietrza czy co?! Sytuacji nie poprawiały auta, wolno ciągnące się, gęste sznurki samochodów nie dawały szansy, by je sprytnie wyprzedzić i pognać dalej.

Było już późnawe popołudnie, temperatury nieco odpuściły, a my na trasie mieliśmy jeszcze pałac w Kamieńcu Ząbkowickim. Na szczęście skręciliśmy na jakieś boczne, wiejskie dróżki, więc i czterokołowce przestały wnerwiać. Grupa robotników na starym Starze, dostrzegłszy nasze Trampeczki, machnęła nam radośnie lewą w górę. Chociaż teraz już jechało się znacznie lepiej, do głowy i w ręce wbiło się zmęczenie. Wszak tego dnia zwiedziliśmy trzy obiekty, a czwarty czekał tuż za rogiem.

Pałac Dobrej Pani, z oddali prezentował się znakomicie. 
Gdy podjechaliśmy pod budowlę, poczułam, że muszę natychmiast zdjąć kask i rozprostować nogi. Kiedy dreptaliśmy sobie przy motocyklach, próbując rozpędzić " mrówki" w stopach, zagadnęliśmy jakąś rodzinę, która dopiero co wyszła ze zwiedzania.  Okazało się, że wewnątrz ktoś próbował urządzić hotel, i średnio mu to wyszło, psując przy okazji większość pałacowych dóbr. Dopiero od niedawna posiadłość przejęła gmina, która próbuje przywrócić jej dawną świetność. Ponoć sama Pani Przewodnik zachęcała rodzinę, by wrócili, ale za kilka lat, wtedy na pewno będzie się czym zachwycać.

Było już po siedemnastej. Drzwi zamknięte. Ostatnie wejście na zwiedzanie punkt 17. No cóż. Położyłam się na ławce obok wejścia i poczytałam o Dobrej Pani,dawnej właścicielce tegoż pałacu. Taki właśnie przydomek miała  pewna księżniczka niderlandzka. Marianna Orańska, bo tak brzmiało jej nazwisko, była niezwykłą kobietą, jedną z najbardziej niekonwencjonalnych jak na tamte czasy dam. Zamiast grzecznie siedzieć w komnatach, na pruskim, surowym dworze. Przełamywała konwenanse. Nie tylko kupowała wsie i majątki rycerskie, dzięki niej powstała cała sieć górskich dróg,  co umożliwiło rozwój wielu miejsc, wprowadziła i rozwinęła gospodarkę leśną, założyła hodowlę pstrąga, zbudowała piec hutniczy i szlifiernię, hutę szkła i kamieniołomy marmuru ( które działają do dziś!), oraz farmę krów, która dziś funkcjonuje jako schronisko turystyczne. Nic dziwnego , że w tamtejszych okolicach wszędzie można spotkać coś "mariańskiego"( skały, drogi, źródła, szkoły czy instytucje).

"W drogę!" Krzyknął Łukasz, dając znać, że trzeba znaleźć jakiś nocleg. Zupełnie niedaleko były dwa, czy nawet trzy jeziorka no i kemping oczywiście. Otmuchów jest niewielką mieścinką,a nocleg leci mocno PRL'em. Nie przeszkadzało nam to zbytnio, poza tym innego w okolicy nie znaleźliśmy, dlatego też zostaliśmy tam. Opłaciliśmy z góry naszą nockę i wjechaliśmy na pole namiotowe. No tak, nie ma miejsca, ostatni ciepły weekend wakacji. Co my się dziwimy. Przystanęliśmy obok dwóch Niemców, którzy również podróżowali na motocyklach. Gadka trochę drętwa, ale uśmiechy szerokie, więc zaczęliśmy rozstawiać namiot. Zupełnie otumaniona wrażeniami z całego dnia nie zwróciłam uwagi, jaki boski widok  mamy z tego miejsca. Skarpa, a w dole jeziorko, mieniące się w zachodzącym słońcu. Łódki, jachty, śmiejące się dzieciaki. Pysznie. Podekscytowana tą sceną, zażyczyłam sobie czym prędzej jedzenia, a później zejścia z zimnym piwkiem na brzeg. 
Tak też się stało. 
Chłodno się zrobiło, ale jaki widok piękny.

czwartek, 22 września 2016

Trampkami przez Polszę. "7"





















































Trasa przebiegała przez w miarę spokojne, wiejskie, lekko kręte drogi. Żniwa obnażyły w tamtym rejonie dziwną krwistoczerwoną ziemię, poukładaną w smutne pasy.  Kontrastowała jednak pięknie z łąkami o przygasłej zieleni i mocno grzejącym słońcem. Kasztanowce, których powiędłe, pokurczone liście już od dawna dawały znać, że nadchodzi jesień, salutowały nam, gdy przejeżdżaliśmy obok. Nie opuszczał nas również boski, wszechobecny zapach świeżo ściętego siana. 

Dojechawszy na parking, zamku w ogóle nie było widać. :) Człowiek przyjechał, to wejdzie i zobaczy. W sumie, takie było założenie wyjazdu - zamki polskie. Stwierdziliśmy,  że nie zwiedzić w tej podróży najsłynniejszego z nich to dyshonor, więc przebraliśmy się i  ochoczo powędrowaliśmy przez piękny park. 

Ludzi co nie miara, fakt. 
Początkowo zniechęceni wysoką ceną, nie spodziewaliśmy się w środku cudów. Założyliśmy, że zupełnie jak inne zamki w Polsce, został do cna ogołocony ze wszystkiego co możliwe. W sumie nie pomyliliśmy się wiele, jednak przechadzając się po korytarzach, którymi stąpał Hitler, poczuliśmy na ciele przebiegające w górę i dół ciarki. Pierwsze pomieszczenia wystawione na widok publiczny utwierdziły nas w przekonaniu, że niepotrzebnie wydaliśmy kasę. Jednakże w miarę upływu czasu, robiło się coraz ciekawiej. Obłędna wręcz, Sala Maksymiliana, raziła w oczy złotymi zdobieniami. Salon Zielony, Barokowy, Chiński, Salon Gier i w końcu Salon Biały, każdy z nich przyciągał oko, w każdym znajdowało się coś ciekawego. Nie było tego tak wiele jak w czeskim Frydlancie, ale może dzięki temu  byliśmy w stanie dostrzec wszystkie misternie wykonane dekoracje. 

Szał poznawania Zamku Książ na dobre rozbujał się na urokliwych tarasach. Zadbane kwiaty i równiutko przystrzyżona trawa, nie pozostawiały wątpliwości jak bardzo dba się o to miejsce. Niezwykłe fontanny, wspaniałe rzeźby, kamienne balustrady. Można było zauważyć elementy symetrycznego i poukładanego stylu francuskiego,  ale w większości dominował tu romantyczny, naturalny, angielski charakter, wniesiony tu przez księżną Daisy. Potwornie żałowałam, że nie przyjechaliśmy wiosną, podobną kwitną tu niezliczone ilości, różnorakich tulipanów o niesamowicie nasyconych barwach.  Taras zachodni zupełnie rozwiał nasze wątpliwości dotyczące odwiedzenia tego miejsca. Rewelacja! Cała fasada budowli widoczna w swej okazałości, porośnięta bluszczem. Przysiedliśmy na chwilkę w cieniu. Teraz mogę zdecydowanie przyznać, że warto tam być!

Na odchodne podreptaliśmy jeszcze na punkt widokowy, no bajka.
Bilet obejmował również wejście do palmiarni, ale my zmęczeni i głodni siedliśmy na parkingu przy naszych motocyklach. Zjedliśmy śniadaniowe resztki, by nie opaść z sił i dumaliśmy: pojechać do tej palmiarni czy nie? Nie pojechaliśmy. Podobno błąd. Może na wiosnę?