Łączna liczba wyświetleń

piątek, 20 października 2017

Deszczem w oko - i po Skandynawii - 28




Chociaż nierówności drogi przypomniały mi, w którym miejscu posiadam wątrobę to jechało się wybornie. Niewielkie winkle uprzyjemniały trasę, połyskujące między drzewami słonko lekko raziło w oczy i rozgrzewało nasze wyziębione północnym klimatem ciała. Na stacji paliw zagadał nas starszy Pan z synem , który zdaje się miał właśnie jechać do pracy do Niemiec i czekał na kumpla, z którym mieli rozpocząć nowy etap życia. Zapytał czym smarujemy łańcuchy, bo on ...olejem... . Chwilkę porozmawialiśmy, ale nadjechał rzeczony kolega i każde z nas się rozeszło. Zrobiliśmy też fotę "zjedzonym" oponom Ziółkowego Trampka, niewiele zostało bieżnika z prawie nowych gum. Mijał nas też motocyklista na blachach z ...Emiratów Arabskich. Ten to przykozaczył. Wielkie kufry, kanapa wyłożona jakąś owcą, wyglądał niesamowicie.

Nocleg w Wiźnie był dobrze znany mojemu Mężowi, nie raz nocował tam z kumplami. Muszę przyznać, że ośrodek ogromny, super wyposażony, jednak czystość pozostawiała sporo do życzenia. Sama jakąś pedantką nie jestem, ale nieco mi to wszystko przeszkadzało. Później okazało się, że całym tym kolosem zajmuje się jedna drobna kobitka. No dobra wszystko jasne. Weź to samemu ogarnij po sezonie. Przestałam się czepiać. Ponieważ w altanie stał wielki  grill wiedzieliśmy już jak będzie wyglądał ten wieczór. Biegusiem poszliśmy w chlupoczących butach do sklepu i nakupiliśmy POLSKICH fantów. Karkówka, kaszanka, kiełbasa, ziemniaki, pomidorki, sosy, ale będzie wyżerka. Po powrocie, stół był już nakryty obrusem, a na nim, ku mojej przepotężnej radości czekał półmisek wypełniony ogórkami małosolnymi. Prezent od właścicielki. Prawie od samego początku tegorocznej wyprawy marzyły mi się właśnie małosolne i oscypek. Tego drugiego  nakupię sobie jutro, ale te ogórasy. Przepyszne!

Ponieważ grill nie był czyszczony od dawna, a moje próby doprowadzenia go do używalności skończyły się fiaskiem, użyliśmy folii aluminiowej i specjalnych tacek znalezionych w kuchni. Źle przeliczyliśmy siły, nie daliśmy rady zjeść wszystkiego, jednakże na ratunek przybyli nam inni goście pensjonatu. Starsze małżeństwo z córą, w podobnym do naszego wieku. Podzieliliśmy się zapasami, a i oni nie byli nam dłużni. Po kilku słowach przypadkowe spotkanie zamieniło się w prawdziwą biesiadę. Do późnych godzin nocnych debatowaliśmy na wszystkie możliwe tematy. Za sprawą darowanego nam trunku, nie spostrzegłam nawet jak bardzo rozwiązał mi się język, a Ziółek przysypia przy stole od mojego pitolenia. OK czas już spać.

czwartek, 19 października 2017

Deszczem w oko - i po Skandynawii - 27

Zaoszczędzę Wam szczegółów naszego starcia z toaletą, niemniej tak szybko na motocyklu jeszcze znikąd nie wracaliśmy. Obżarstwo nie popłaca. :) Domyślacie się jak upłynął ten wieczór. Na szczęście zawsze mamy ze sobą w pełni wyposażoną apteczkę na takie okoliczności, więc  i dolegliwości po pewnym czasie zelżały. Tym razem również nie zobaczę Wilna nocą. :P

Zapomniałam kompletnie napisać, że w "grzybku" obok również mieszkał motocyklista. Niemiec pracujący w Chinach. Wrócił do kraju na wakacje i zrobił sobie objazdówkę. Był sympatyczny, ale jakiś dziwny jak dla mnie. Pilnuję się, by nie oceniać książki po okładce, ale coś mi w zawodniku ewidentnie nie leżało. Zresztą on też unikał mnie jak ognia i wolał pogadać tylko z moim Małżonkiem. Spoko. I on i my pakowaliśmy się następnego dnia o tej samej porze. Niemiec miał jeszcze pojechać na Czechy, my tego dnia wracaliśmy do naszej kochanej Polszy. Nagle w ferworze walki z tobołkami, na kemping wjechał ogromny, stary jeep przerobiony na kampera. Koreańczycy zrobili sobie Europe Asia Trip. Zaszokowali wszystkich wtaczając się na pole namiotowe z uśmiechami od ucha do ucha. Podobno nie mogli jechać przez Chiny więc dygali dookoła. Szacuneczek.

Mknęliśmy przez Litwę dość szybko, uważając na szalonych kierowców i ukryte radiowozy. Krajobraz utopiony w chmurach był już prawie identyczny jak w naszym kraju, jeszcze tylko reklamy w jakimś nie naszym języku, ale to kwestia czasu. Coraz mocniejsze stawało się uczucie żalu wymieszanego z tęsknotą. Miks nabierał mocy z każdym kilometrem. Żeby ukoronować nasz wyjazd z tego kraju oczywiście musiało się rozpadać i to tak potwornie, że w butach mieliśmy bagno. Przeczekaliśmy największy opad na nieco zmaltretowanej stacji benzynowej, gdzie spomiędzy łączeń dachówki wartkim strumieniem lała się woda. Rozległe kałuże grały nam pożegnalną symfonię o uderzających o nie, pełnych i silnych kropliskach deszczu. Gigantyczne bąble na wszechobecnym bajorze zdawały się być perpetuum mobile i zaczynały sprawiać wrażenie, że czeka nas dodatkowy nocleg. Kupiliśmy więc sobie na pociechę jakieś słodycze, by umilić ciągnące się chwile oczekiwania.



Przestało! Podzidowaliśmy jak szaleńcy ku granicy. Wyszło cudowne słońce, które z całych sił próbowało wysuszyć nasz dobytek. Nagle naszym oczom ukazała się tablica informacyjna, że oto wjeżdżamy do Ojczyzny. Babką być to jednak czasem jest kalectwo... poryczałam się jak głupia. Czułam jakby w kraju nie było mnie przynajmniej rok, tęskniłam za dziurawymi drogami, niedzielnymi kierowcami, za piratami drogowymi, nawet za parówami z Orlenu tęskniłam. O ważniejszych w naszym życiu ludziach i rzeczach już nie wspominając. Zrobiliśmy foty i z błogim uśmiechem ruszyliśmy mazurska ziemią do Wizny.

środa, 18 października 2017

Deszczem w oko - i po Skandynawii - 26




Oboje dygotaliśmy z zimna. Ekspresowo zdjęliśmy mokre rzeczy, z których można było wyżymać, a potem biegusiem pod gorący prysznic. Byliśmy również niewyobrażalnie głodni, więc po udanej akcji kąpiel, Ziółek smyrnął jeszcze po zapasy do pobliskiego sklepu. Zamarzyliśmy o jajku sadzonym, gotowanych ziemniakach z koperkiem i mizerii.  Ponieważ na Litwie ceny znacznie bardziej przyjazne Polakowi, Łukasz zakupił jeszcze baterię litewskiego piwka, a na deser ciasta i ciasteczka. Iście po szlachecku. :P Niezaprzeczalnie dziś na zwiedzanie nie pójdziemy, chociaż marzyło mi się zobaczyć Wilno nocą, może kiedy indziej.... . Tamtego wieczora lało i siąpiło na zmianę. Gęste, ołowiane chmury wisiały bardzo nisko zakrywając kompletnie znajdującą się obok kempingu Wieżę Dunaju. Jest ona jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli stolicy. Ma jakieś 250 metrów, a dwie windy błyskawicznie wiozą na górę do obrotowej restauracji widokowej. Tego dnia stanowczo nie zarobili. 

Wieczór minął szybko i przyjemnie. Leżeliśmy czyści w pachnących świeżością łóżeczkach, z pełnymi brzuchami. Graliśmy w makao, warcaby, gry słowne i inne różne takie. ;) W cieple i "aromacie" schnących na grzejniku butów, zasypialiśmy z nadzieją, że następnego dnia pogoda będzie łaskawsza.   

Ku naszej radości była. Pojechaliśmy Ziółkowym Trampkiem, którego zostawiliśmy na jednym z licznych parkingów dla motocyklistów w samym centrum. Weszliśmy do punktu informacyjnego po mapkę i rozpoczęliśmy spacer po starym mieście. Zakochałam się w Wilnie. Jest po prostu piękne. Bardzo dużo w nim polskości, wszędzie widać napisy w naszym języku, a sklepach królują nasze produkty. Jest ono przecież głównym ośrodkiem polskiej kultury i nauki na Litwie, działają tam m.in. Polskie Studio Teatralne, Fundacja Kultury Polskiej, Stowarzyszenie Naukowców Polaków Litwy, Związek Harcerstwa Polskiego, Związek Polaków, Uniwersytet Polski, Dom Kultury Polskiej, wydział Uniwersytetu w Białymstoku itd. Wiele osób twierdziło, że nas nie lubią w tym kraju, z wielu powodów, głownie historycznych. My jednak nic takiego nie odczuliśmy. No może za wyjątkiem jednego sztywnego, młodego kelnera.















Bez wątpienia jest co podziwiać, mnogość zabytków gotyckich, renesansowych, barokowych i innych jest wręcz przytłaczająca. Nie udało nam się w jeden dzień zobaczyć wszystkiego, ale byliśmy pod dużym wrażeniem Uniwersytetu Wileńskiego i wieży, na którą z trudem się wdrapałam po starych drewnianych schodach w obawie, że z nich spadnę, ale warto było! Widok oszałamiający. Poza tym weszliśmy do gotyckiego kościoła św. Anny, katedry wileńskiej, bazyliki archikatedralnej, widzieliśmy zamek dolny, cerkwie ... . Sporo tego było. Na deser zostawiliśmy sobie "Pannę Świętą co w ostrej świeci bramie", ale najpierw musieliśmy coś zjeść, najlepiej coś regionalnego. Znaleźliśmy bardzo przyjemną knajpkę z dala od głównej ulicy i tłumów. Najedliśmy się do rozpuku. Wszystko było bardzo smaczne, acz tłuste jak diabli. Cepeliny okraszone skwarkami, domowe kiełbaski z ziemniaczkami i różnego rodzaju pierożki również polane dużą ilością tłuszczu. Nie zraziło nas to absolutnie i na deser wzięliśmy jeszcze po ciachu i dużej kawie. A co!

Ciężko się szło po takim obżarstwie, ale dodreptaliśmy w końcu do Bramy Miednickiej. Wyciszyliśmy się w kościele, akurat trafiliśmy na mszę w języku polskim. Później wleźliśmy schodami przed oblicze jednego z najsłynniejszych obrazów Matki Bożej. Klęknęliśmy, podziękowaliśmy  za bezpieczną podróż, zrobiliśmy z ukrycia kilka fotek i ruszyliśmy dalej. Nie mogłam stamtąd odjechać, nie zakupiwszy dla mojej Babci obrazka z świętym wizerunkiem. Wstąpiliśmy do sklepu z pamiątkami i zrobiliśmy małe zakupy, które mocno przyspieszył ... potworny ból obu brzuchów.

wtorek, 17 października 2017

Deszczem w oko - i po Skandynawii - 25







Niefortunny zjazd okazał się być przepięknym zakątkiem nad Zatoką Ryską. Pogoda średnio zachęcała do kąpieli, ale Ukraińcy, z którymi co chwilę splatały się nasze drogi skorzystali z okazji. My za to siedliśmy na niewielkiej wydmie i podziwialiśmy krajobraz jakże odmienny od dotychczasowego. Żadnych gór, skał i mchu, jedynie bezkresna woda Bałtyku i miękki piasek. Zamyśliłam się głęboko. Dopiero stanowcze: "Zbieramy się", wyrwało mnie z otchłani myśli.

Pomysł o wspólnym noclegu z motocyklistami poznanymi na promie padł. W 'naszym' zaprzyjaźnionym hotelu nie było już miejsc, oni również mieli kłopot ze znalezieniem zakwaterowania i odbili do innego miasta. Otóż w Rydze odbywały się jakieś zawody rowerowe i tłumy ściągnęły do stolicy, by móc podziwiać kolarskie akrobacje, tym samym pozbawiając nas miejsca na sen. Ciuchy wilgotne, buty przemoczone, a wizja miękkiego posłania znacznie się oddaliła.

Wylądowaliśmy w lesie. Mojego Męża przez większość wyjazdu korciła mała siekierka przymocowana do jego Trampka. Od początku wyprawy słyszałam o ognisku. Mnie jednak przerażała kwota kary jaką w razie wyjątkowego pecha mogliśmy dostać w Norwegii, więc dopiero tu, w Łotewskim lesie odrobinę wyluzowałam. Był to również dobry pomysł ze względu na nasze przesiąknięte deszczem ubrania. Tak oto, po raz kolejny w towarzystwie komarów, spędziliśmy miły wieczór przy cieple i blasku płomieni. Przez chwilę miałam stracha, bo zaczął palić się mech wokół naszego paleniska, ale Ziółek niczym Rambo wyskoczył z saperką na ratunek dobytku i rozpoczął okopywanie, podczas którego niewielka łopatka uległa zniszczeniu. Chińskie badziewie. :P 
ps. podobno w tym samym czasie, Łotwa walczyła z ogromnymi pożarami lasów, nie mamy z tym nic wspólnego ... . :) 

Poranek nie wróżył słonecznego dnia, nisko zawieszone chmury mówiły nam wprost, że dziś też sucho nie będzie. Żadna nowość. Czarna, mocna kawa, zwijanie tobołków i w drogę. Tym razem mieliśmy do przejechania niewiele, jakieś 300 kilometrów. Powiedziałam, że nie wracam do domu nie zobaczywszy Wilna. Łukasz miał okazję kilkukrotnie widzieć to piękne miasto podczas męskich wypraw motocyklowych. Mnie się nigdy okazja nie trafiła więc będąc tak blisko celu, grzechem byłoby odpuścić. "Litwo... ojczyzno moja." Nie przechadzać się uliczkami, po których stąpał Mickiewicz?! 

Na wileński kemping dojechaliśmy spokojnie, bez większych perypetii. Niestety ulewa, którą po drodze dostaliśmy, do reszty wycieńczyła nasze ciałka. Na szczęście był jeden wolny domek z grzejnikiem! Cholernie mi zimno.

poniedziałek, 16 października 2017

Deszczem w oko - i po Skandynawii - 24

Podróż minęła szybko, wszak  towarzystwo miłe to i czasu się nie liczy. Ciut przedwcześnie zeszliśmy pod pokład, by rozplątać nasze trampki z uścisku linek mocujących. Drzwi do parkingu były zamknięte, więc czekaliśmy siedząc na schodach przed windą, którą co chwila zjeżdżał ktoś równie niecierpliwy co my. Krótki, acz dobitny łomot uświadomił nam, że już można. Rachu ciachu i byliśmy gotowi do wyjazdu, wzięliśmy tylko jeszcze numery telefonów, bo w planie narodził się nowy punkt wspólnego noclegu.

W całym ambarasie zapomniałam poprosić Męża, żeby chwilkę po tułać się po Tallinie. Wszak na Estońskiej ziemi byliśmy po raz pierwszy, a nakręcony zdobywaniem kilometrów Ziółek czasem zapomina, że oprócz samej przyjemności z jazdy liczy się również poznawanie nowego. Po kilkuset metrach zmieniłam jednak zdanie, gdyż rąbnęło taką ulewą,  że nie mieliśmy nawet szansy założyć nadwątlonych przeciw deszczówek.

Tyrkotaliśmy więc w deszczu co chwilę mijając się z naszymi kompanami z promu. Gdy przejaśniało spostrzegłam, że przecież prawie od miesiąca nie widziałam ... bocianów. Ich widok jakoś wyjątkowo mnie ucieszył i przypomniał, że wróciliśmy na "stary ląd", że jesteśmy w drodze do domu. I zeszkliły mi się oczy na tę myśl. Po pierwsze dlatego, iż już wracamy. Urlop ma to do siebie, że nie ważne jak długi, stanowczo zbyt szybko się kończy. Po drugie już od Finlandii zaczynało mi się tęsknić za szeroko pojętym "Domem". Za kocurami, przyjaciółmi i rodziną. Jeszcze kilka dni i ich wszystkich wyściskam!
Oprócz bocianów, krajobraz uzupełniały drzewa liściaste, których niewiele widzieliśmy ostatnimi czasy: dęby, buki i lipy, do tego wszystkiego mnogość kwiatów. Hm... . Prawie jak w Polsce.

W pobliżu niewielkiej stacji benzynowej zrobiliśmy sobie piknik, tak samo z resztą jak kilkoro Ukraińców biesiadujących tuż obok. Wznieśliśmy toast kanapkami za nasze zdrowie i pojechaliśmy dalej. Po dłuższej jeździe w mokrych ciuchach było mi chłodno, więc zatrzymaliśmy się przy ogromnym supermarkecie, by nieco się ogrzać i zrobić zapasy jedzenia. Jakież było moje zdziwienie, gdy na wagę można było kupić smażony chleb z czosnkiem. Heh... zaśmiałam się do siebie, moja Babcia od zawsze miała taki patent na czerstwy chleb, by go nie wyrzucać, a jeszcze podjeść. Nabraliśmy tego sporo, z każdego rodzaju. Co prawda czosnkowy chuch po tym rarytasie mógł zmieść przeciwnika z powierzchni ziemi, no ale ... trudno. :P

Kolejny etap podróży zapewnił mi odrobinkę nudy przypieczętowaną znacznym wzrostem adrenaliny. Otóż Łukasz nie zauważył charakterystycznego znaku z ławeczkami i choinką, myślał więc, że coś mi się stało, bo mrugam kierunkowskazem i zamiast skręcić w drogę zatrzymał się na samym środku zjazdu. Przekonana o tym , że poprawnie odczytał moją chęć odpoczynku jechałam pewnie i szybko, gdy zorientowałam się w sytuacji, hamowałam awaryjnie.  Ślad opon na asfalcie i odrobina dymu unosząca się w powietrzu , " delikatnie " zasugerowały nam obojgu, że chyba jednak najwyższa pora kupić te interkomy.

środa, 11 października 2017

Deszczem w oko - i po Skandynawii - 23

Umęczeni dreptaniem po stolicy, postanowiliśmy spróbować fińskich specjałów. Marzył nam się jakiś kawał mięsa z renifera i nadzwyczaj pyszny deser. Okazało się jednak, że nie tak prosto znaleźć knajpę serwującą regionalne przysmaki. Wszechobecne burgerownie i inne fast foody skutecznie przyćmiły tradycyjne restauracje, długo błąkaliśmy się w poszukiwaniach. Trafiliśmy do pubu, na którego reklamie błędnie informowano, że: "piwo, przekąski, knajpa". Były tylko dwie pierwsze specjalności. Chociaż atmosfera miejsca bardzo przypadła mi do gustu, byliśmy głodni jak diabli i zrezygnowani ruszyliśmy dalej w kierunku metra. Tuż przy dworcu stał dość duży budynek z ... czeskim żarciem. Podzielona na trzy strefy knajpka ( weranda, pub i restauracja) zachęciła nas do wejścia i spałaszowania czegoś pysznego. Mój gulasz był wyborny, niestety trzy malutkie smętne knedliki już mniej, ryba Ziółka też nie powaliła na glebę pod wpływem doznań smakowych. Ciasto, które zamówiłam na deser potwornie słodkie, ale zjadłam je w mgnieniu oka, dziwiąc się, bo w sumie nie przepadam za słodyczami. Chociaż lokal czeski, to można było skosztować fińskiego piwa, tak też uczyniliśmy. Dobre.





Następnego dnia przyszedł czas, by pożegnać się z półwyspem skandynawskim. Zbieraliśmy się na prom spoglądając w kierunku zachmurzonego nieba. "Jak nic znów lunie."- pomyślałam w duchu. Oddalając się od kempingu dopadły nas niewielkie krople deszczu, a dojeżdżając do portu już porządnie siąpiło. Staliśmy grzecznie w kolejce moknąc. Nagle, podbiegł do nas Polak,: "Chodźcie mam busa, co będziecie mokli, to jeszcze potrwa." Adam, motocyklista i mechanik, pracujący w Finlandii od wielu lat cieszył się, że może pogadać chwilę ze swojakami. Opowiadał nam o mentalności Finów, o tym jak trudno zdobyć ich zaufanie, ale też ile mają dobrych cech. Przez ten krótki czas snuł opowieść swojego życia, a my słuchaliśmy w ciepłym aucie  jak zaczarowani. Czas oczekiwania upłynął szybko i trzeba było wsadzić tyłki na Trampki. A tuż obok nas dwie pary kolejnych motocyklistów. Niemiec na BMW ze swoim ślicznym, blond plecaczkiem i para Polaków. Równie ładnych i jakże sympatycznych. 

Po zaparkowaniu i przypięciu pasami motocykli, wjechaliśmy windą na górny pokład. Usiedliśmy na zewnątrz, by podziwiać panoramę Helsinek, cyknęliśmy kilka fotek i rozpoczęliśmy kolejną konwersację z "naszymi". Muszę przyznać, że odrobinę zazdrościłam dziewczynie, że jest taka czysta, w makijażu i z pomalowanymi paznokciami. Nas jednak nie było stać na hotelowe luksusy, więc wyglądaliśmy jak dwa polskie menele. A co tam, nie to jest przecież istotne.  :D Dzieliliśmy się wrażeniami z naszych podróży, relacjonowaliśmy ze szczegółami wszystkie przygody, a para odwdzięczała się tym samym. Poczęstowali nas pyszną czekoladą z wiśniami ( moja ulubiona ). Na chwilę wspólna debata rozdzieliła się na damsko - męski obóz, ale później znów wróciła na te same tory, a później odszukał i dołączył do nas Adam z busa.

Interesująca było też dotarcie do toalety. Zanim ją jednak odszukałam, musiałam przecisnąć się przez masę pijanych ludzi. Dwie godziny podróży dla niektórych okazały się być zbyt długie, aby nie obalić flaszeczki. Niektórzy spali już na podłodze, inni na barze ... . Była 10 rano. Matko i córko, co za targowisko próżności. Panowie zalani w trupa, panie odstrojone jakby płynęły co najmniej Titanikiem. Gdzie ja w ogóle jestem?! Na każdym piętrze, w innym kącie wielkiej sali, grały po trzy zespoły lub artyści solo. Muzyka i hałas roześmianych libacji tworzyły koszmarną kakofonię, więc biegusiem wracałam na spokojny "podkład słoneczny". Musiałam tylko pamiętać, by nie spoglądać w okno, gdyż wiązało się to z niebezpieczeństwem oddania "kolorowego" śniadania.

poniedziałek, 9 października 2017

Deszczem w oko - Skandynawia - 22



Po wieczornej biesiadzie i długim śnie nabraliśmy mocy, tym bardziej, że zaplanowaliśmy gdzie pójdziemy i co zobaczymy. Dość sprawnie poszła nam poranna toaleta, zjedliśmy szybkie śniadanie i na podbój stolicy! Ponieważ po drugiej stronie ulicy mieliśmy metro,  a mnie nie uśmiechało się znów przeciskać między tymi wszystkimi ludzi motocyklem, wybraliśmy się na zwiedzanie innym niż zwykle środkiem transportu. 

Nie byłabym sobą, gdybym przed wyjściem nie zahaczyła o plac zabaw dla dzieci gdzie kusił konik na sprężynie i jakże dostojny Mayflower. Co prawda do Plymouth nas nie dowiózł, ale i tak było warto się trochę powygłupiać.

Zanim zorientowaliśmy się gdzie w ogóle jesteśmy i jak prawidłowo czytać mapę z kosmicznymi nazwami ulic minęło ze 20 minut. Szczerze przyznam, że miasto warto zobaczyć, gdyż jest zupełnie różne od tych, które do tej pory zwiedzaliśmy, ale niestety nie urzekło mnie na tyle, by tam kiedyś jeszcze wrócić. Jest  zimne jak fińskie twarze bez uśmiechu. Oczywiście generalizuję, niestety w porównaniu ze szwedami czy norwegami , mieszkańcy tego kraju są tak surowi jak ich klimat zimą. Nie zrozumcie mnie źle są bardzo pomocni, jednak dystans i wieczny poker face, jaki mają do turystów jest ogromny.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do punktu informacyjnego, aby pomogli nam kupić wejściówkę na prom do Tallina. Co prawda mogliśmy sami dokonać zakupu przez internet, ale stwierdziliśmy, że papierowy bilet w ręku i pewna sytuacja są cenniejsze niż kilka euro. W tym też miejscu chyba po raz pierwszy i ostatni doświadczyliśmy serdecznego, szerokiego uśmiechu. Sympatyczna Pani Blondyneczka z najdrobniejszymi detalami wyjaśniła nam wszystkie zagadki i zaopatrzyła nas w najróżniejsze mapki i informatory.







Teraz mogliśmy na spokojnie zwiedzać. Aleksanterinkatu, główna ulica handlowa miasta nazwana na cześć cara Rosji Aleksandra I obfitowała w piękne budowle i spieszący się tłum. Doszliśmy nią do placu senackiego i potężnej, neoklasycystycznej katedry luterańskiej z wysokimi schodami, które podobno są ulubionym miejscem spotkań. Co dziwne w krypcie kościoła mieści się ... kawiarnia.

Zupełnie niedaleko położony był najsłynniejszy targ, w kierunku którego skierowaliśmy swoje kroki, by móc wreszcie zaopatrzyć się w pamiątki. Najfajniejsze było w nim to, że większość oferowanych produktów to rękodzieło, nie jakieś tandetne, chińskie podróbki. Przyjemnie było na to wszystko patrzeć. Nas zainteresował Pan, który nawet magnesy na lodówkę robił z własnych fotek. Ponieważ jego stoisko nie było zbyt duże, zachęcał ludzi do kupna rozmową. Gadanę miał jak mało kto, więc i my się "nabraliśmy" . Nie jest nam wcale z tego powodu przykro. Od słowa do słowa i okazało się, że Żona tego Pana jest Ukrainką. Zaczęliśmy wymieniać się wieloma spostrzeżeniami i spędziliśmy z Panem dobre pół godziny. Mistrz sprzedaży i marketingu. :)

Będąc na targu trudno nie dostrzec majestatycznej świątyni Fińskiego Kościoła Prawosławnego.  Złote kopuły i czerwona fasada jednoznacznie świadczą o rosyjskim wpływie na Finlandię. Prowadził do niej mostek z  miłosnymi kłódkami, wokół roznosił się aromat dań serwowanych na prowizorycznych, fast foodowych stoiskach wymieszany ze spalinami i rybno-wodorostową wonią zatoki fińskiej. Nie dało się też ukryć nawiązania do Anglii, gdyż pośrodku wszystkiego stało koło obserwacyjne. Niczym  London Eye górujące nad okolicą, niestety nie tak duże i nie tak ciekawe jak to w UK.








Dreptaliśmy sobie bez pośpiechu po Helsinkach, zaszliśmy do Hard Rock Cafe, podziwialiśmy ogromny budynek dworca, widzieliśmy muzeum narodowe i pomnik Sibeliusa ( słynnego fińskiego kompozytora). Nasz wzrok utkwił jednak najbardziej na witrynie sklepu z antykami, gdzie postawiono starego,  starmoszonego, wypchanego lisa. Rozbawił nas do łez. 

Ostatnim punktem wycieczki był Temppeliaukio. Podziemny kościół zbudowany wewnątrz masywnych skał, pośrodku zwykłego placu. Na zewnątrz widoczna jest jedynie miedziana kopuła wystająca spoza kamiennych bloków. Wnętrze jest oświetlane światłem naturalnym wpadającym poprzez 180 szklanych paneli. Mieliśmy nie lada kłopot z odnalezieniem wejścia, gdyż weszliśmy na kościół od tyłu. Po małej wspinaczce znaleźliśmy się w środku. Przy wejściu przywitały nas karteczki ze Słowem Bożym w rożnych językach świata, wzięliśmy sobie po jednej w języku polskim i zasiedliśmy na ławce. Ogarnął nas niezwykły spokój. Może to zwykle zmęczenie, ale odpoczynek w tym miejscu był naprawdę ukojeniem po wszystkich trudach tegorocznej podróży.