Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 26 października 2017

Deszczem w oko - i po Skandynawii - 30



Dla wszystkich leniuchów, którym nie chciało się czytać, ale także dla wytrwałych czytelników wrzucam link do filmiku z naszej tegorocznej wyprawy. Jeśli macie piętnaście minut na oglądniecie, serdecznie z Mężem zapraszamy. Pamiętajcie, by włączyć tryb pełnoekranowy. ENJOY :P

środa, 25 października 2017

Deszczem w oko - i po Skandynawii - 29

Rano nabraliśmy rozpędu. Ostatni etap podróży do domu. Rzeczy złożyliśmy niedbale. W kufrach zrobił się chaos, ale teraz nie robiło to już żadnej różnicy. Słonko nam pięknie świeciło, a Mąż koniecznie chciał pokazać mi jeszcze "polskie Termopile". Wie, że uwielbiam historyczne ciekawostki, dlatego też pierwsze kilometry skierowaliśmy właśnie tam.

Piaskowa droga wiodła na wzniesienie, na którego szczycie znajdowała się altana, pomnik i tablica upamiętniająca całe zdarzenie, a widok na dolinę był oszałamiający. Zmówiliśmy modlitwę za poległych tam żołnierzy i ruszyliśmy do tablicy informacyjnej poczytać o wydarzeniu, które nieco zapomniane, spokojnie mogłoby być hitem filmowym przebijającym gigantyczne amerykańskie produkcje. 4 dniowa, bohaterska bitwa 720 Polaków pod dowództwem Władysława Raginisa przeciwko 42200 tysiącom Niemców. Wróg dysponował również czołgami, działami, moździerzami, granatnikami i samolotami. Nieliczna grupa naszych trafiła do niewoli, reszta walczyła do samego końca. Raginis złożył przysięgę, że żywy nie odda bronionych pozycji, więc gdy nie było już nadziei, a zapasy amunicji się skończyły, dał rozkaz podwładnym do odwrotu, a sam popełnił samobójstwo wysadzając się granatem. Legenda głosi, że rozwścieczeni obrotem spraw nieprzyjaciele, wywlekli ciało dowódcy i spalili je. Być może jest w tym jakaś prawda, gdyż nieopodal pagórka stoi stary brzozowy krzyż.






Nawet pisząc Wam o tym miejscu poleciała mi łza. Siedzieliśmy na pagórku w takiej szczególnej ciszy, wszystko jakby zastygło w bezruchu. Może był to taki sam dzień jak dziś, słoneczny z lekkim wiatrem i delikatnymi obłokami na niebie, a niewielka grupka naszych czekała na wypełnienie rozkazu. Może nie każdy z nich zdawał sobie sprawę co się wydarzy, ciekawe ilu z nich bało się, że już nigdy nie zobaczy swojej rodziny... . I chociaż niewielu o tej bitwie pamięta, to ta góra z pewnością nie zapomniała.

Zamyślona i wzruszona do granic toczyłam się w stronę domu. Zapominając na chwilę, że przede mną jedzie Mąż na rączym, stalowym rumaku, jak i całą wyprawę. Z transu zamyślenia wyrwał mnie Ziółek prognozujący koszmarną burzę. Zatrzymaliśmy się na poboczu i przyodzialiśmy po raz ostatni styrane przeciwdeszczówki, nakładki na buty owinęliśmy dokładnie taśmą macgyver'a. UFO ;) Co interesujące dopiero teraz zaczęły mi doskwierać jakieś bóle kręgosłupa, drętwiejąca pupa i bolące nadgarstki. Im bliżej domu, tym bardziej byliśmy zmęczeni, chociaż trasa nie była długa, a i do deszczu przecież przywykliśmy.

Do brzydkiego, ale naszego Zgierza dotarliśmy popołudniem, mocno zdziwieni, co tu się działo podczas naszej nieobecności. Drzewa powyrywane z korzeniami, poniszczone ogrodzenia, słupy i tablice informacyjne. Tornado przeszło czy jak? W garażu czekał na nas Bartek, który niezmiennie i co roku nas witał ( bądź ratował z opresji). Po długich uściskach, pomógł mi się wyswobodzić ze srebrnej taśmy na stopach i rozpakować bagaże. Później dojechała Dorotka z bratem, która jak się później okazało wysprzątała nam mieszkanie na przyjemny powrót, a do tego przyrządziła najpyszniejsze na świecie schabowe!

Wiem, że co roku kończę opowieść tymi samymi słowami, ale nic już tego nie zmieni, że nie ważne gdzie się było i co się widziało, nie istotne co się przeżyło, gdy cali i zdrowi wracacie do DOMU.

piątek, 20 października 2017

Deszczem w oko - i po Skandynawii - 28




Chociaż nierówności drogi przypomniały mi, w którym miejscu posiadam wątrobę to jechało się wybornie. Niewielkie winkle uprzyjemniały trasę, połyskujące między drzewami słonko lekko raziło w oczy i rozgrzewało nasze wyziębione północnym klimatem ciała. Na stacji paliw zagadał nas starszy Pan z synem , który zdaje się miał właśnie jechać do pracy do Niemiec i czekał na kumpla, z którym mieli rozpocząć nowy etap życia. Zapytał czym smarujemy łańcuchy, bo on ...olejem... . Chwilkę porozmawialiśmy, ale nadjechał rzeczony kolega i każde z nas się rozeszło. Zrobiliśmy też fotę "zjedzonym" oponom Ziółkowego Trampka, niewiele zostało bieżnika z prawie nowych gum. Mijał nas też motocyklista na blachach z ...Emiratów Arabskich. Ten to przykozaczył. Wielkie kufry, kanapa wyłożona jakąś owcą, wyglądał niesamowicie.

Nocleg w Wiźnie był dobrze znany mojemu Mężowi, nie raz nocował tam z kumplami. Muszę przyznać, że ośrodek ogromny, super wyposażony, jednak czystość pozostawiała sporo do życzenia. Sama jakąś pedantką nie jestem, ale nieco mi to wszystko przeszkadzało. Później okazało się, że całym tym kolosem zajmuje się jedna drobna kobitka. No dobra wszystko jasne. Weź to samemu ogarnij po sezonie. Przestałam się czepiać. Ponieważ w altanie stał wielki  grill wiedzieliśmy już jak będzie wyglądał ten wieczór. Biegusiem poszliśmy w chlupoczących butach do sklepu i nakupiliśmy POLSKICH fantów. Karkówka, kaszanka, kiełbasa, ziemniaki, pomidorki, sosy, ale będzie wyżerka. Po powrocie, stół był już nakryty obrusem, a na nim, ku mojej przepotężnej radości czekał półmisek wypełniony ogórkami małosolnymi. Prezent od właścicielki. Prawie od samego początku tegorocznej wyprawy marzyły mi się właśnie małosolne i oscypek. Tego drugiego  nakupię sobie jutro, ale te ogórasy. Przepyszne!

Ponieważ grill nie był czyszczony od dawna, a moje próby doprowadzenia go do używalności skończyły się fiaskiem, użyliśmy folii aluminiowej i specjalnych tacek znalezionych w kuchni. Źle przeliczyliśmy siły, nie daliśmy rady zjeść wszystkiego, jednakże na ratunek przybyli nam inni goście pensjonatu. Starsze małżeństwo z córą, w podobnym do naszego wieku. Podzieliliśmy się zapasami, a i oni nie byli nam dłużni. Po kilku słowach przypadkowe spotkanie zamieniło się w prawdziwą biesiadę. Do późnych godzin nocnych debatowaliśmy na wszystkie możliwe tematy. Za sprawą darowanego nam trunku, nie spostrzegłam nawet jak bardzo rozwiązał mi się język, a Ziółek przysypia przy stole od mojego pitolenia. OK czas już spać.

czwartek, 19 października 2017

Deszczem w oko - i po Skandynawii - 27

Zaoszczędzę Wam szczegółów naszego starcia z toaletą, niemniej tak szybko na motocyklu jeszcze znikąd nie wracaliśmy. Obżarstwo nie popłaca. :) Domyślacie się jak upłynął ten wieczór. Na szczęście zawsze mamy ze sobą w pełni wyposażoną apteczkę na takie okoliczności, więc  i dolegliwości po pewnym czasie zelżały. Tym razem również nie zobaczę Wilna nocą. :P

Zapomniałam kompletnie napisać, że w "grzybku" obok również mieszkał motocyklista. Niemiec pracujący w Chinach. Wrócił do kraju na wakacje i zrobił sobie objazdówkę. Był sympatyczny, ale jakiś dziwny jak dla mnie. Pilnuję się, by nie oceniać książki po okładce, ale coś mi w zawodniku ewidentnie nie leżało. Zresztą on też unikał mnie jak ognia i wolał pogadać tylko z moim Małżonkiem. Spoko. I on i my pakowaliśmy się następnego dnia o tej samej porze. Niemiec miał jeszcze pojechać na Czechy, my tego dnia wracaliśmy do naszej kochanej Polszy. Nagle w ferworze walki z tobołkami, na kemping wjechał ogromny, stary jeep przerobiony na kampera. Koreańczycy zrobili sobie Europe Asia Trip. Zaszokowali wszystkich wtaczając się na pole namiotowe z uśmiechami od ucha do ucha. Podobno nie mogli jechać przez Chiny więc dygali dookoła. Szacuneczek.

Mknęliśmy przez Litwę dość szybko, uważając na szalonych kierowców i ukryte radiowozy. Krajobraz utopiony w chmurach był już prawie identyczny jak w naszym kraju, jeszcze tylko reklamy w jakimś nie naszym języku, ale to kwestia czasu. Coraz mocniejsze stawało się uczucie żalu wymieszanego z tęsknotą. Miks nabierał mocy z każdym kilometrem. Żeby ukoronować nasz wyjazd z tego kraju oczywiście musiało się rozpadać i to tak potwornie, że w butach mieliśmy bagno. Przeczekaliśmy największy opad na nieco zmaltretowanej stacji benzynowej, gdzie spomiędzy łączeń dachówki wartkim strumieniem lała się woda. Rozległe kałuże grały nam pożegnalną symfonię o uderzających o nie, pełnych i silnych kropliskach deszczu. Gigantyczne bąble na wszechobecnym bajorze zdawały się być perpetuum mobile i zaczynały sprawiać wrażenie, że czeka nas dodatkowy nocleg. Kupiliśmy więc sobie na pociechę jakieś słodycze, by umilić ciągnące się chwile oczekiwania.



Przestało! Podzidowaliśmy jak szaleńcy ku granicy. Wyszło cudowne słońce, które z całych sił próbowało wysuszyć nasz dobytek. Nagle naszym oczom ukazała się tablica informacyjna, że oto wjeżdżamy do Ojczyzny. Babką być to jednak czasem jest kalectwo... poryczałam się jak głupia. Czułam jakby w kraju nie było mnie przynajmniej rok, tęskniłam za dziurawymi drogami, niedzielnymi kierowcami, za piratami drogowymi, nawet za parówami z Orlenu tęskniłam. O ważniejszych w naszym życiu ludziach i rzeczach już nie wspominając. Zrobiliśmy foty i z błogim uśmiechem ruszyliśmy mazurska ziemią do Wizny.

środa, 18 października 2017

Deszczem w oko - i po Skandynawii - 26




Oboje dygotaliśmy z zimna. Ekspresowo zdjęliśmy mokre rzeczy, z których można było wyżymać, a potem biegusiem pod gorący prysznic. Byliśmy również niewyobrażalnie głodni, więc po udanej akcji kąpiel, Ziółek smyrnął jeszcze po zapasy do pobliskiego sklepu. Zamarzyliśmy o jajku sadzonym, gotowanych ziemniakach z koperkiem i mizerii.  Ponieważ na Litwie ceny znacznie bardziej przyjazne Polakowi, Łukasz zakupił jeszcze baterię litewskiego piwka, a na deser ciasta i ciasteczka. Iście po szlachecku. :P Niezaprzeczalnie dziś na zwiedzanie nie pójdziemy, chociaż marzyło mi się zobaczyć Wilno nocą, może kiedy indziej.... . Tamtego wieczora lało i siąpiło na zmianę. Gęste, ołowiane chmury wisiały bardzo nisko zakrywając kompletnie znajdującą się obok kempingu Wieżę Dunaju. Jest ona jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli stolicy. Ma jakieś 250 metrów, a dwie windy błyskawicznie wiozą na górę do obrotowej restauracji widokowej. Tego dnia stanowczo nie zarobili. 

Wieczór minął szybko i przyjemnie. Leżeliśmy czyści w pachnących świeżością łóżeczkach, z pełnymi brzuchami. Graliśmy w makao, warcaby, gry słowne i inne różne takie. ;) W cieple i "aromacie" schnących na grzejniku butów, zasypialiśmy z nadzieją, że następnego dnia pogoda będzie łaskawsza.   

Ku naszej radości była. Pojechaliśmy Ziółkowym Trampkiem, którego zostawiliśmy na jednym z licznych parkingów dla motocyklistów w samym centrum. Weszliśmy do punktu informacyjnego po mapkę i rozpoczęliśmy spacer po starym mieście. Zakochałam się w Wilnie. Jest po prostu piękne. Bardzo dużo w nim polskości, wszędzie widać napisy w naszym języku, a sklepach królują nasze produkty. Jest ono przecież głównym ośrodkiem polskiej kultury i nauki na Litwie, działają tam m.in. Polskie Studio Teatralne, Fundacja Kultury Polskiej, Stowarzyszenie Naukowców Polaków Litwy, Związek Harcerstwa Polskiego, Związek Polaków, Uniwersytet Polski, Dom Kultury Polskiej, wydział Uniwersytetu w Białymstoku itd. Wiele osób twierdziło, że nas nie lubią w tym kraju, z wielu powodów, głownie historycznych. My jednak nic takiego nie odczuliśmy. No może za wyjątkiem jednego sztywnego, młodego kelnera.















Bez wątpienia jest co podziwiać, mnogość zabytków gotyckich, renesansowych, barokowych i innych jest wręcz przytłaczająca. Nie udało nam się w jeden dzień zobaczyć wszystkiego, ale byliśmy pod dużym wrażeniem Uniwersytetu Wileńskiego i wieży, na którą z trudem się wdrapałam po starych drewnianych schodach w obawie, że z nich spadnę, ale warto było! Widok oszałamiający. Poza tym weszliśmy do gotyckiego kościoła św. Anny, katedry wileńskiej, bazyliki archikatedralnej, widzieliśmy zamek dolny, cerkwie ... . Sporo tego było. Na deser zostawiliśmy sobie "Pannę Świętą co w ostrej świeci bramie", ale najpierw musieliśmy coś zjeść, najlepiej coś regionalnego. Znaleźliśmy bardzo przyjemną knajpkę z dala od głównej ulicy i tłumów. Najedliśmy się do rozpuku. Wszystko było bardzo smaczne, acz tłuste jak diabli. Cepeliny okraszone skwarkami, domowe kiełbaski z ziemniaczkami i różnego rodzaju pierożki również polane dużą ilością tłuszczu. Nie zraziło nas to absolutnie i na deser wzięliśmy jeszcze po ciachu i dużej kawie. A co!

Ciężko się szło po takim obżarstwie, ale dodreptaliśmy w końcu do Bramy Miednickiej. Wyciszyliśmy się w kościele, akurat trafiliśmy na mszę w języku polskim. Później wleźliśmy schodami przed oblicze jednego z najsłynniejszych obrazów Matki Bożej. Klęknęliśmy, podziękowaliśmy  za bezpieczną podróż, zrobiliśmy z ukrycia kilka fotek i ruszyliśmy dalej. Nie mogłam stamtąd odjechać, nie zakupiwszy dla mojej Babci obrazka z świętym wizerunkiem. Wstąpiliśmy do sklepu z pamiątkami i zrobiliśmy małe zakupy, które mocno przyspieszył ... potworny ból obu brzuchów.

wtorek, 17 października 2017

Deszczem w oko - i po Skandynawii - 25







Niefortunny zjazd okazał się być przepięknym zakątkiem nad Zatoką Ryską. Pogoda średnio zachęcała do kąpieli, ale Ukraińcy, z którymi co chwilę splatały się nasze drogi skorzystali z okazji. My za to siedliśmy na niewielkiej wydmie i podziwialiśmy krajobraz jakże odmienny od dotychczasowego. Żadnych gór, skał i mchu, jedynie bezkresna woda Bałtyku i miękki piasek. Zamyśliłam się głęboko. Dopiero stanowcze: "Zbieramy się", wyrwało mnie z otchłani myśli.

Pomysł o wspólnym noclegu z motocyklistami poznanymi na promie padł. W 'naszym' zaprzyjaźnionym hotelu nie było już miejsc, oni również mieli kłopot ze znalezieniem zakwaterowania i odbili do innego miasta. Otóż w Rydze odbywały się jakieś zawody rowerowe i tłumy ściągnęły do stolicy, by móc podziwiać kolarskie akrobacje, tym samym pozbawiając nas miejsca na sen. Ciuchy wilgotne, buty przemoczone, a wizja miękkiego posłania znacznie się oddaliła.

Wylądowaliśmy w lesie. Mojego Męża przez większość wyjazdu korciła mała siekierka przymocowana do jego Trampka. Od początku wyprawy słyszałam o ognisku. Mnie jednak przerażała kwota kary jaką w razie wyjątkowego pecha mogliśmy dostać w Norwegii, więc dopiero tu, w Łotewskim lesie odrobinę wyluzowałam. Był to również dobry pomysł ze względu na nasze przesiąknięte deszczem ubrania. Tak oto, po raz kolejny w towarzystwie komarów, spędziliśmy miły wieczór przy cieple i blasku płomieni. Przez chwilę miałam stracha, bo zaczął palić się mech wokół naszego paleniska, ale Ziółek niczym Rambo wyskoczył z saperką na ratunek dobytku i rozpoczął okopywanie, podczas którego niewielka łopatka uległa zniszczeniu. Chińskie badziewie. :P 
ps. podobno w tym samym czasie, Łotwa walczyła z ogromnymi pożarami lasów, nie mamy z tym nic wspólnego ... . :) 

Poranek nie wróżył słonecznego dnia, nisko zawieszone chmury mówiły nam wprost, że dziś też sucho nie będzie. Żadna nowość. Czarna, mocna kawa, zwijanie tobołków i w drogę. Tym razem mieliśmy do przejechania niewiele, jakieś 300 kilometrów. Powiedziałam, że nie wracam do domu nie zobaczywszy Wilna. Łukasz miał okazję kilkukrotnie widzieć to piękne miasto podczas męskich wypraw motocyklowych. Mnie się nigdy okazja nie trafiła więc będąc tak blisko celu, grzechem byłoby odpuścić. "Litwo... ojczyzno moja." Nie przechadzać się uliczkami, po których stąpał Mickiewicz?! 

Na wileński kemping dojechaliśmy spokojnie, bez większych perypetii. Niestety ulewa, którą po drodze dostaliśmy, do reszty wycieńczyła nasze ciałka. Na szczęście był jeden wolny domek z grzejnikiem! Cholernie mi zimno.

poniedziałek, 16 października 2017

Deszczem w oko - i po Skandynawii - 24

Podróż minęła szybko, wszak  towarzystwo miłe to i czasu się nie liczy. Ciut przedwcześnie zeszliśmy pod pokład, by rozplątać nasze trampki z uścisku linek mocujących. Drzwi do parkingu były zamknięte, więc czekaliśmy siedząc na schodach przed windą, którą co chwila zjeżdżał ktoś równie niecierpliwy co my. Krótki, acz dobitny łomot uświadomił nam, że już można. Rachu ciachu i byliśmy gotowi do wyjazdu, wzięliśmy tylko jeszcze numery telefonów, bo w planie narodził się nowy punkt wspólnego noclegu.

W całym ambarasie zapomniałam poprosić Męża, żeby chwilkę po tułać się po Tallinie. Wszak na Estońskiej ziemi byliśmy po raz pierwszy, a nakręcony zdobywaniem kilometrów Ziółek czasem zapomina, że oprócz samej przyjemności z jazdy liczy się również poznawanie nowego. Po kilkuset metrach zmieniłam jednak zdanie, gdyż rąbnęło taką ulewą,  że nie mieliśmy nawet szansy założyć nadwątlonych przeciw deszczówek.

Tyrkotaliśmy więc w deszczu co chwilę mijając się z naszymi kompanami z promu. Gdy przejaśniało spostrzegłam, że przecież prawie od miesiąca nie widziałam ... bocianów. Ich widok jakoś wyjątkowo mnie ucieszył i przypomniał, że wróciliśmy na "stary ląd", że jesteśmy w drodze do domu. I zeszkliły mi się oczy na tę myśl. Po pierwsze dlatego, iż już wracamy. Urlop ma to do siebie, że nie ważne jak długi, stanowczo zbyt szybko się kończy. Po drugie już od Finlandii zaczynało mi się tęsknić za szeroko pojętym "Domem". Za kocurami, przyjaciółmi i rodziną. Jeszcze kilka dni i ich wszystkich wyściskam!
Oprócz bocianów, krajobraz uzupełniały drzewa liściaste, których niewiele widzieliśmy ostatnimi czasy: dęby, buki i lipy, do tego wszystkiego mnogość kwiatów. Hm... . Prawie jak w Polsce.

W pobliżu niewielkiej stacji benzynowej zrobiliśmy sobie piknik, tak samo z resztą jak kilkoro Ukraińców biesiadujących tuż obok. Wznieśliśmy toast kanapkami za nasze zdrowie i pojechaliśmy dalej. Po dłuższej jeździe w mokrych ciuchach było mi chłodno, więc zatrzymaliśmy się przy ogromnym supermarkecie, by nieco się ogrzać i zrobić zapasy jedzenia. Jakież było moje zdziwienie, gdy na wagę można było kupić smażony chleb z czosnkiem. Heh... zaśmiałam się do siebie, moja Babcia od zawsze miała taki patent na czerstwy chleb, by go nie wyrzucać, a jeszcze podjeść. Nabraliśmy tego sporo, z każdego rodzaju. Co prawda czosnkowy chuch po tym rarytasie mógł zmieść przeciwnika z powierzchni ziemi, no ale ... trudno. :P

Kolejny etap podróży zapewnił mi odrobinkę nudy przypieczętowaną znacznym wzrostem adrenaliny. Otóż Łukasz nie zauważył charakterystycznego znaku z ławeczkami i choinką, myślał więc, że coś mi się stało, bo mrugam kierunkowskazem i zamiast skręcić w drogę zatrzymał się na samym środku zjazdu. Przekonana o tym , że poprawnie odczytał moją chęć odpoczynku jechałam pewnie i szybko, gdy zorientowałam się w sytuacji, hamowałam awaryjnie.  Ślad opon na asfalcie i odrobina dymu unosząca się w powietrzu , " delikatnie " zasugerowały nam obojgu, że chyba jednak najwyższa pora kupić te interkomy.