Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 15 września 2016

Trampkami przez Polszę. "5"













Oszołomieni piękną scenerią, całodziennym upałem i chwilowym poszukiwaniem noclegu, trafiliśmy na ogromny kemping w pobliżu Bolkowa. Przy szlabanie wjazdowym nie było nikogo. W pobliskiej recepcji również świeciło pustkami. Na ogromnym banerze jednak, widniał numer telefonu i ...potworne ceny. Po szybkich rachunkach okazało się, że za rozbicie namiotu i zaparkowanie dwóch motocykli na jedną noc trzeba było zapłacić, o zgrozo, 54 złote. 

Po krótkich telefonicznych pertraktacjach cena nieco zelżała. Właściciel, mieszkający w zasadzie w środku pola namiotowego, przyjechał do nas i busem zabrał nas na przejażdżkę po swoim wielkim terenie. Rzeczywiście wyjątkowo zadbane miejsce, podzielone na strefy z kilkoma sanitariatami i licznymi atrakcjami, włącznie z masażysta, spa i zumbą. Nic dziwnego, że cena kosmiczna.  

Postanowiliśmy zostać, poza tym i tak nigdzie w pobliżu nie było innego kempingu. Meldując się, Pan opowiedział nam trochę swojej historii życia, o tym jak pracował w Holandii na obozowiskach, w marinie obsługując gości. Ile się nauczył, i że postanowił spróbować swoich sił rozkręcając swój biznes w Polsce. Nie ukrywał, że nastawiony jest głównie na zagranicznych turystów. 

W międzyczasie, do recepcji zaszedł mały, smutny Holender, pomamrotał coś po swojemu, a Właściciel wyciągnął ze schowka maszynę do waty cukrowej. Ponieważ dzieciak dzień wcześniej skręcił sobie rękę i dzielnie wytrzymywał z tą niedogodnością, bez płaczu, krzyków i lamentów, Pan obiecał mu w nagrodę watę cukrową. :)  Młody pognał radośnie w dal, gdy otrzymał obiecaną słodycz. Pan spojrzał na mnie badawczo: " Pani tez się skusi, co?!" Gość kupił mnie tą watą, no kupił mnie. Z uśmiechem podał mi ukręcony, biały kłębek, a ja równie ochoczo pochłonęłam cukrowe delicje.

Ponieważ zrobiło się późno, a nie mieliśmy nic na kolację, Łukasz popędził do "Biedry", a ja rozstawiałam namiot. Godzinę później, spaliśmy smacznie jak dwa susły. 

Dopiero rankiem dwa brudaski poszły się umyć. Prysznice i toalety były niewyobrażalnie czyste, nawet odświeżacz do powietrza na wypadek "dwójeczki". Aż przyjemnie było zażyć kąpieli w takich warunkach. Zero grzyba na suficie, podłoga, umywalki i toalety czyściutkie.

Przed śniadaniem Właściciel podjechał do nas i zapytał czy czegoś nam nie trzeba, bo właśnie jedzie do sklepu. Chociaż byliśmy już zaopatrzeni, to naprawdę miło z Jego strony. 
Podczas posiłku towarzyszyła nam cisza i ciemnoruda wiewiórka przebiegająca co chwilę obok naszego małego obozu. 
Tym razem serdelki na gorąco :) zawsze to jakaś różnorodność.

Tego dnia, nie wiedzieliśmy jeszcze, ile nas czeka atrakcji. Ponieważ słońce zaczynało dawać się we znaki, czym prędzej odpaliliśmy motocykle i ruszyliśmy w stronę widocznych na wzniesieniu ruin zamku w Świnach. 
Piękna budowla, niestety kompletnie zaniedbana, opuszczona, a wszelkie wejścia zabite deskami lub zamurowane. Szkoda. Spostrzegliśmy niepozorny znak na punkt widokowy, bez zastanowienia wystartowaliśmy w stronę lasu. Po krótkiej przechadzce raczej zarośniętym szlakiem, naszym oczom nie ukazał się las....krzyży :), tylko landszaft okolicy. Panorama gór Kaczawskich i zamek w Bolkowie. Usiedliśmy na troszkę, by ciut się zamyślić.

niedziela, 11 września 2016

Trampkami przez Polszę. "4"









 Rano. 
Czas w końcu pojechać dalej, bo chociaż miejsce cudowne to czegoś brak. Dość długo zbieraliśmy się do wyjazdu, a i zapoznani wczoraj Agata, Tomek i ich śliczna córcia  przyszli pogadać. Kemping powoli zapełniał się ludźmi, którzy korzystając z przepięknej pogody przyszli się zrelaksować. Słońce paliło coraz bardziej. Wymieniliśmy się danymi kontaktowymi z uroczą parą i wreszcie ruszyliśmy.

Ponieważ gorący ranek nie zachęcał do spożywania stałych pokarmów zatrzymaliśmy się przy niewielkim sklepiku na zimny jogurt. Właściciel dokładanie opowiedział jak mamy jechać do pobliskiego, czeskiego Frydlantu. Pomimo, że mieliśmy GPS'a, to wysłuchaliśmy Pana z pokorą i zaciekawieniem. Niezmiennie na mojej twarzy pojawia się uśmiech, gdy miejscowi starają się pomóc jak tylko potrafią, czyniąc miejsce zamieszkania niezwykłym i takim, w które zwyczajnie chce się wracać.

Przyjemny wietrzyk ochładzał nasze skwierczące w upale ciała. Trasa przebiegała przez małe, urokliwe miasteczka o czerwonych dachach, ulokowane w dolinkach niewielkich wzniesień. Z sadów dobiegał nas słodki zapach opadłych śliwek i dojrzewających jeszcze na drzewach jabłek. Aromat mieszał się z miłą wonią róż kwitnących w przydomowych ogrodach. Bajkowo dość.

Położony nad rzeką Smeda, wzniesiony na szczycie powulkanicznej góry zamek manifestował swą wielkość. Połączona z renesansowym pałacem średniowieczna twierdza z sgraffitową dekoracją, powaliła nas na kolana. Fantastycznie zachowane wnętrza, z oryginalnymi dekoracjami znacznie odbiegały od tych rozkradzionych, widzianych w Polsce. Do tego bardzo konkretna Pani przewodnik, starała się odpowiedzieć na każde pytanie i opowiedzieć nam historię tego miejsca najlepiej jak tylko potrafiła. Za stosunkowo niewielką cenę (ok.70 zł za dwie osoby), mieliśmy kulturalną ucztę. Polecam miejsce każdemu kto znajdzie się nieopodal. Naprawdę warto.

Zmęczeni ogromem zwiedzania i temperaturą ochoczo wsiedliśmy na motocykle. Piotrek podsunął nam dzień wcześniej drogę, którą warto się przejechać. Nie mylił się. Góry Izerskie, niesłusznie zapomniane przez turystów, bardzo przypadły nam do gustu, a kręta droga przez las pozwoliła odpocząć od spiekoty i ucieszyć nas licznymi serpentynami.

Czeskie wioseczki, równie urokliwe co nasze, choć nieco odmienne architektonicznie. Biało brązowe, drewniane elewacje i spójne z całością ciemne dachówki  wdzięczyły się do przejeżdżających ludzi. Zatrzymaliśmy się w jednej z nich na szybką przekąskę, bo żołądek wreszcie zaczął domagać się posiłku.

Tego dnia mieliśmy dojechać do jakiegoś miasta, ale przyznam , że nie pamiętam dokąd. Co jakiś czas musieliśmy zrobić postój. Mój łeb nie wytrzymywał ciężaru kasku (chyba czas na zmianę) i skwaru. I tak o, nie robiąc zbyt wielu kilometrów przeturlaliśmy się przez Jelenią Górę, podziwiając jej efektowną panoramę. Koniecznie musimy tam wrócić! 

Następnie trafiliśmy do knajpy, chcąc zjeść  jakiś sensowny obiad po jogurcie i suchym chlebie z kiełbą. Jednakże, gościniec łojewski  nie miał do zaoferowania szałowego jedzenia, na które z resztą strasznie długo trzeba było czekać. Miał za to taras na malowniczy pejzaż, który ocalił pobyt w tym miejscu. 

Zrobiło się późno i chłodno. Ponieważ po zmroku jadę jak niewidoma, postanowiliśmy wybrać w nawigacji jakiś nocleg... . Kemping do którego zmierzaliśmy nie istniał już kilka lat, za to widoki odkryte szukając zaginionego biwaku po raz kolejny oszołomiły nasze zmysły. Przecież to Toskania! A nie pamiętam, żebyśmy jechali aż tak długo. :) Zachodzące słońce podkreślało tumany kurzu unoszące się po żniwach. Po pagórkach spływało  złoto rżyska poprzecinane zielonymi łąkami, niczym niezgrabna szachownica, której brakowało rzeźbionych figur. Symboliczne obłoki zdawały się być podpisem autora tego zacnego malowidła. Nie wiem czy to zmęczenie, upał czy szalejące hormony, ale było tak pięknie, że z oczu wartką strugą popłynęły mi po policzku ciepłe łzy.

wtorek, 6 września 2016

Trampkami przez Polszę. "3"











Rankiem, bardzo szybko rozpakowywaliśmy się z cebulkowych warstw odzieży. Słońce tego dnia miało pokazać na co je stać. Wyłażąc z namiotu, oczywiście pokłóciliśmy się o to kto kogo spychał z materaca na ziemię i komu bardziej zmarzł w nocy tyłek, ale aromatyczna kawa szybko poprawiła nam nastroje. Po niezbyt wyszukanym śniadaniu: sucha buła z parówką i musztardą, ruszyliśmy zwiedzać, tym razem na jednym, Ziółkowym motku.

Warowna twierdza osadzona na skałach, wyglądała niczym z dziecięcych baśni o magii, wróżkach i rycerzach. Nic dziwnego, że budowla była wybierana do wielu filmów i seriali np. "Wiedźmin.", "Tajemnica twierdzy szyfrów." czy "Gdzie jest Generał.". Zostawiliśmy kaski i kurtki u uprzejmego pana ochroniarza i weszliśmy do środka.

Wewnątrz nie było już tak bajkowo, typowo turystyczne miejsce, oplakatowane, z durnymi pamiątkami. Wiem, wiem, każdy ma prawo do zarobku, ale to trzeba tak wszystko psuć? Powinien być zakaz umieszczania czegokolwiek współczesnego w takich miejscach. W dodatku część zamkowych pomieszczeń została przekształcona w hotel, a wnętrza oczywiście nie są udostępniane zwiedzającym. No chyba, że wykupi się nockę za niemałą kwotę.

Czekając na przewodnika, żałowaliśmy, że ominie nas nocne zwiedzanie, polecane przez znajomych. No niestety, dostępne tylko w wybrane weekendy. Trzeba będzie zapakować przyjaciół i wrócić jeszcze raz, by nadrobić zaległości.

Nasz "Tour Guide" okazał się być... szalonym nastolatkiem. Chłopak z bujną czupryna, pełną loczków, miał przygotowaną zgrabną historyjkę. Chociaż był pełen uroku gestykulując i udając skrzyżowanie panów Wołoszańskiego i Makłowicza, to jednak brakowało mu luzu i naturalności. Zapytany o niewielką rzecz natychmiast gubił się i płoszył. Nikt jednak specjalnie nie narzekał, ale nie byłabym w Polsce, gdybym nie usłyszała kilku drwiących kpin pod jego adresem.

Niewiele ostało się z przepychu zamkowych wnętrz. Kolejność taka sama jak w klasztorze w Lubiążu: Naziści, Sowieci, nasi szabrownicy, a dodatkowo jeszcze greccy uchodźcy. Jednakże sala rycerska, jadalnia, biblioteka i sypialnia pozwalały włączyć wyobraźnię i dodać te wszystkie rozkradzione wspaniałości do widzianego ogółu. Ogromną frajdę sprawiły nam spacery przez tajemne przejścia, ukryte za masywnymi bibliotecznymi regałami. 

Dodatkowo, legendy o Białej Damie, tulącej swe płaczące, nieślubne dziecko do snu, która przechadza się do dziś po zamkowych korytarzach, czy opowieść o tym jak dawniej Panowie dostawali się do łoża i co mogło się wydarzyć, gdy już byli w środku, dopełniały braki panujące w twierdzy, wywołując u turystów strach na przemian ze śmiechem.

Po dość krótkim zwiedzaniu, skusiliśmy się na półgodzinny rejs łódką. Przysłowiowych gaci z wrażenia nam nie urwało, ale widoczki zaiste ładne, a delikatny wietrzyk dał trochę wytchnienia w upalny dzień. Podpłynęliśmy nieopodal naszego kempingu, szybo zerknęliśmy, czy mój Trampek stoi tam gdzie go zostawiliśmy. Był. Dumnie prezentował się w słońcu, mimo iż z niego staruszek. 
Łódka zawróciła i "popędziła" w kierunku najstarszej zapory wodnej w Polsce. Jej budowę rozpoczęto w 1901 roku, a około 1907 otwarto tam również elektrownię wodną, której mechanizm działa do dziś.

Tocząc się pod górę, poczuliśmy  jątrzący nasze brzuchy głód. Czas zrobić zakupy i przyrządzić jakiś obiad. 
Ponieważ na noclegu mieliśmy działającą kuchenkę gazową i kilka garnków do dyspozycji, obiad był królewski: kotlety, ziemniaki i mizeria, to nie sucha buła z musztardą. :)

Rozleniwiliśmy się. Wyjeliśmy materace z namiotu i postanowiliśmy nagrzać nasze stare kości na słonku, przy okazji drzemiąc odrobinkę. Łukasz usłyszał silnik KTM'a i pobiegł porozmawiać z właścicielem okazu, a ja rozpuszczając się zdecydowałam, że zażyję kąpieli w rzece. Śmiałków było niewielu. Po zanurzeniu stóp wiedziałam dlaczego. Woda była tak zimna,  że machnęłam kilka razy rękoma w stylu sparaliżowanej żabki i uciekłam szybko na brzeg.

Wieczorem upał stopniowo delikatniał, a my na ławeczce rozgrywaliśmy partyjki makao, delektując się spokojem i czekając, aż wreszcie zwolni się miejsce przy ognisku.

W międzyczasie zagadał do nas Pan Zarządca, "Piotrek jestem." Kolejny koleś z pasją: żeglarz, podróżnik, architekt, mąż i ojciec. Wymienialiśmy się spostrzeżeniami na temat naszego kraju, innych kultur i obejrzanych przez nas miejsc. Po czym zniknął na chwilę.

Zaszliśmy więc za budkę dla rybaków, gdzie znajdowało się palenisko i ławeczki. Siedział tam samotny, smutny Pan, który rozpromienił się na nasz widok. Czekał na swoich kamratów, którzy popłynęli kajaczkami w dal, bez niego. Facet okazał się być okrutnym gadułą, ale było w nim coś sympatycznego więc nie przerywaliśmy głoszonych przez niego treści ( a wierzcie mi, niezwykle różnych). :) 

Za chwilę wrócił do nas Piotr z piwkiem, a także małżeństwo z córką, które tej nocy zdecydowało się na nocleg w "naszej" samotni. Na dokładkę Straszy Pan Bosman ( jak po cichu nazwaliśmy go sobie roboczo) również zacumował przy naszym skromnym gronie. Początkowo nieśmiało się miało spotkanie. Jednak w miarę upływającego czasu, zdążyliśmy opowiedzieć sobie niemal wszystko. 

Tematy, standardowe: muzyka, zwiedzanie, hobby. Później poleciało po bandzie: polityka, szkolnictwo, system opieki zdrowotnej, prawo budowlane... . Zajadając kiełbę i uchowane z obiadu 3 smętne, upieczone w popiele ziemniaczki czuliśmy, że odpoczywamy. Towarzystwo przednie. Starszy Pan Bosman przyniósł gitarę, nawet pojawiły się jakieś nieśmiałe śpiewy. Co chwilę, wybuchały też salwy śmiechu unoszone przez wodę na pobliskie wioski. Zapadła głęboka noc.

sobota, 3 września 2016

Trampkami przez Polszę "2"








Nie chcąc nadużywać gościnności Gospodarzy rozstawiliśmy nasz namiot w przepięknym ogrodzie. Pomimo, iż namawiano nas na spanie w pokoju to chciało nam się kontynuować cygański żywot. Chyba przyzwyczajenie wzięło górę, gdyż od dwóch miesięcy z racji remontu spaliśmy, a to w przyczepie kempingowej a to u przyjaciół przebywających na urlopie.   

Chłodny wieczór zmusił nas do przyodziania wielu warstw odzieży. Od stóp po czubek głów schowani w ciepłych śpiworach, wyglądaliśmy jak ogromne dżdżownice. Kładąc się spojrzeliśmy jeszcze na odchodne w krystaliczne niebo. Gdzieniegdzie przelatywały zbłąkane perseidy, w oddali szczekał strzegący obejścia psiak, nieśmiało odzywały się też zziębnięte świerszcze. Fantastyczna, wszechobecna cisza.  

Rankiem Ziółek poszedł zerknąć na moduł mojego motocykla i przeczyścił styki, a ja rozleniwiona wczesną pora zostałam jeszcze w namiotowych pieleszach. 
Grześ przygotował pyszne śniadanie, byśmy mieli siłę prowadzić Trampki. Po zacnym posiłku, oprowadził nas po swoim królestwie. Mogłabym gościa słuchać godzinami. Z pasją opowiadał jak dba o owoce, warzywa i zioła, jak przygotowuje własne, ekologiczne opryski i przetwory.  Piękne, acz pracochłonne hobby.
Oczywiście na drogę dostaliśmy kilka pysznych prezentów. Wór suszonych gruszek i jabłek, smakowite nalewki i dżem z róży, na wypadek nagłego głodu, aż żal było wyjeżdżać.

Ponieważ  mieliśmy jechać szlakiem zamków, Grzesiu zaproponował, byśmy wdepnęli do Lubiąża. Co prawda kompleks pocysterski to nie zamek, ale skusiliśmy się, bo i odległość niewielka.
Pogoda dopisywała i tocząc się powolnie w słońcu zdaliśmy sobie sprawę, jaka urocza jest nasza Polska. Zachłyśnięci zagranicznymi podróżami, zapomnieliśmy ile atrakcji zapewnia nasz własny kraj!

Gdy weszliśmy do zaniedbanego wnętrza okazało się, że musieliśmy poczekać do pełnej godziny na otwarcie kasy. Przyjemny chłodek utrzymywany wewnątrz przez grube mury, umilał nam upływający czas oczekiwania na przewodnika.

Kompleks okazał się być architektoniczną perłą. Dwa i pół raza większy od zamku  na Wawelu, z 223 metrową barokową fasadą, największą w Europie, oraz drugi na świecie co do wielkości obiekt sakralny.
Sala książęca i refektarz klasztorny, a także wnętrze opustoszałego kościoła zrobiły na nas nie lada wrażenie.

Przykro było tylko słuchać historii przewodnika, nie dość, że Naziści, potem Sowieci to i nasi dołożyli do ognia rozkradając piękno klasztoru.
Zupełnie niedawno istniał tu również szpital psychiatryczny, świadomość tego faktu nie pozwalała przejść swobodnie przez szare, długie, smutne korytarze, zostawiając na plecach gęsią skórkę. Szkoda, że tak niezwykłe miejsce niszczeje, a sponsorów i pieniędzy na renowację jest niewiele, zaledwie kropla w morzu potrzeb.

Cyknęliśmy kilka fotek i udaliśmy się na obiad w przyklasztornej knajpce. Ceny nas nie zabiły, a jedzenie było  bardzo smaczne. Micha mnicha, czyli czerwony barszcz z różnego rodzaju pierogami, skutecznie zapełniły nasze burczące brzuchy.
Czas zbierać się dalej, chociaż po smacznym jedzeniu człowiek chętniej wybrałby się na drzemkę. :)

Przejeżdżając przez Legnicę nie mogłam oprzeć się wrażeniu deja vu, ale przecież nigdy mnie tu nie było? Dopiero po chwili dotarło do mnie, że wspomniane miasto wygląda zupełnie jak włoski Triest. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech, po co tak daleko jeździć jak na naszej ziemi taka różnorodność. Lwówek Śląski i jego okolice również obfitowały w piękne budowle i pejzaże.

Zamek Czocha, który tego dnia był naszą destynacją, wyłonił się magicznie zza zakrętu i od razu rozbroił nas swoim wdziękiem. Zatrzymaliśmy się przy bramie wjazdowej obok czekającego na znajomych chłopaka, a pan ochroniarz popędził w naszym kierunku, by rozeznać o co nam chodzi, przecież na zwiedzanie było już za późno. Obaj Panowie okazali się być przemiłymi ludźmi. Polecili nam pobliski kemping jako miejsce noclegowe, a także zaproponowali kilka atrakcji.

Zawróciliśmy jakieś dwa kilometry, aby rozbić nasz skromny biwak w najpiękniejszym miejscu tegorocznej wyprawy. Miękka, soczysta łąka, zielona woda w spokojnie płynącej rzece i powalający widok na zamek, a wokół nikogo poza stacjonującym zarządcą terenu i kilkoma rybakami.

Oszołomieni scenerią nie bardzo wiedzieliśmy, gdzie się umiejscowić z całym, naszym bałaganem. Wreszcie znaleźliśmy odpowiednie miejsce i po krótkiej walce z bagażami, poszliśmy rozpalić ognisko. Nie jakiegoś tam grilla, prawdziwe, pięknie świecące ognisko z rozgrzewającymi płomieniami. Łukasz rąbał spore kawałki dębowego drewna, a ja nadziewałam zakupioną kiełbaskę na  zaostrzone patyki. Siedzieliśmy sobie tak w absolutnej ciszy, nikomu nie wadząc, nie musząc nikogo wysłuchiwać i popijaliśmy Grzesiową naleweczkę rozprawiając o naszych marzeniach i planach na przyszłość.

Rybacy dawano już poszli do domów, chłopak, który przywitał nas na wjeździe również zniknął. Towarzyszyło nam tylko rozgwieżdżone niebo.

piątek, 2 września 2016

Trampkami przez Polszę. "1"





 Szlakiem polskich zamków - tak nazwaliśmy nasze tegoroczne wojaże. 

Ciężko nam było się zebrać do wyjazdu. Kompletnie rozstrojeni po kipiszu w mieszkaniu, nie wiedząc gdzie znajdują się potrzebne nam rzeczy, z trudem poskładaliśmy bagaże. Weekendowa impreza z kochanymi przyjaciółmi również nie ułatwiała sprawy. :)

Odpalamy nasze maszyny, a tu? Niespodzianka. Mój Trampeczek nie działa. Akumulator padł. No tak, tyle czasu nie jeździłam na moim motku, że prawie zapomniałam jak to się robi. Nie ukrywam, że pierwsze kilometry podróży były tak pokraczne, że zastanawiałam się czy nie powinnam wrócić do domu.

Wyjechaliśmy poza miejskie zabudowania, chmury złowrogo wiszące nad smutnym Zgierzem zaczęły się przerzedzać, a zapach świeżo skoszonego siana uderzył w moje nozdrza niczym fala sejsmiczna. To jest to za czym tak tęskniliśmy, wąska, kręta ścieżka wiodąca przez małe wioseczki, słońce na niebie, delikatny wiatr i wolność. 

Pochylone od ciężaru ziarenek słoneczniki, z przywiędłymi liśćmi kłaniały się nam, wyginając swe mizerne już łodyżki. Złote rżyska i zaorane pola przypominały, że jesień puka mocno do polskich drzwi. Powietrze również nie było ciepłe i przyjemne jak po letniej burzy, a  ostre i rześkie, przewlekane dymem z palących się kartoflisk oraz nieciekawym zapachem nawozu rozrzuconego  po polach w ogromnej ilości.
Mimo to jechało się dobrze. 

Zbliżał się wieczór, a mój Trampeczek zaprotestował po raz kolejny, obrotomierz zatrzymał się w jednej pozycji, jeden z cylindrów odmówił posługi. :) W Trzebnicy czekał na nas Grześ z uroczą rodziną i leciwym psiakiem. No nic, jakoś doturlamy się na nocleg, a później będziemy myśleć: czy wymienić moduł, czy po prostu przeczyścić złącza...

Rodzina przyjęła nas po królewsku, przepyszna kolacja i domowej roboty nalewki, oprawiły nasz pierwszy urlopowy nocleg w cudną ramę wypoczynku. Rozmowy, żarty i opowieści toczyły się dłużej niż powinny, wszak rodzina wstawała bardzo wcześnie do pracy. Rosa i chłód zagoniły nas wreszcie do snu.


Trampkami przez Polszę. "0"







 Tegoroczne wakacje rozpoczęliśmy wielkimi zmianami. Po pierwsze, zadecydowaliśmy, że pieniądze uzbierane na wyprawę życia przeznaczymy jednak na remont. Po drugie, po długich wahaniach postanowiłam również zmienić pracę.
Nie mieliśmy już w zasadzie szans na urlop z prostych do wysnucia wniosków -  względy finansowe.
Ku naszej radości Teście poratowali nas zastrzykiem gotówki. Znaczyło to, że uda się wybrać choć na kilka dni w jakieś urocze miejsce. Po prawie dwóch miesiącach walki z "fantastycznymi" fachowcami, po kuciu tynków, gipsowaniu, malowaniu i innych rewelacjach wykonanych własnymi rękami, byliśmy wykończeni, spragnieni relaksu jak przysłowiowa kania dżdżu. 
Ponieważ fundusz podróżniczy był skromy, a zdrowie nadszarpnięte dzikim remontem, postanowiliśmy, że rezygnujemy z dalekiej wyprawy.
Tak oto w tym roku nasze serca zabiły mocniej, zwiedzaliśmy Polskę. 

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Podziękowania.


Wierzcie lub nie, ale opatrzność czuwała nad nami w każdej chwili tej wyprawy. Zawsze mieliśmy co jeść, gdzie spać, wspaniałych ludzi dokoła i serwisy w pobliżu. Modlitwy zmawiane w najtrudniejszych chwilach tego wyjazdu przez nas i naszych bliskich niewątpliwie zostały wysłuchane. Nic nie dzieje się z przypadku. Po rozmowie z Dorotką okazało się, że nie odebraliby od nas telefonu z prośbą o pomoc, gdyby nie fakt, że na chwilę, tuż przed wyjazdem na motocyklowe wojaże, zatrzymał ich sąsiad, który dość dziwnie z nimi rozmawiał, zupełnie nie wiadomo o czym. Czyżby Anioł Stróż?

Dziękuję przede wszystkim Panu Bogu, że szczęśliwie przeprowadził nas przez podróż życia, pełną nieplanowanych zwrotów akcji.

Dziękuję mojemu kochanemu Mężowi, który jest nie tylko wspaniałym towarzyszem podróży, ale też największą miłością mojego życia. Moim ogromnym wsparciem w każdej chwili. Dzięki niemu mogliście przeczytać opis naszych przygód, gdyż to on zainspirował i zachęcał mnie do napisania i upublicznienia tej historii.

Dziękujemy Dorotce, która w ferworze walki o sprowadzenie nas do kraju biegała od kantorów do sklepów, załatwiając wszelkie formalności.
Dziękujemy Bartkowi, który wyratował nas z opresji i przyjechał po nas 1222 kilometry w aucie bez klimatyzacji w potwornym upale.
Nie bez powodu mówi się, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

Dziękujemy wszystkim, którzy wspierali nas w drodze modlitwą, życzliwym słowem i dobrymi uczynkami.

Dziękuję również Wam, drodzy czytelnicy, że dotrwaliście do końca opowiadania. Mam nadzieję, że już niedługo, również będziecie mogli przeczytać o kolejnej realizacji naszych motocyklowych marzeń, a może i Wy odważycie się spróbować swoich sił, w spełnianiu Waszych pragnień?