Łączna liczba wyświetleń

piątek, 2 września 2016

Trampkami przez Polszę. "1"





 Szlakiem polskich zamków - tak nazwaliśmy nasze tegoroczne wojaże. 

Ciężko nam było się zebrać do wyjazdu. Kompletnie rozstrojeni po kipiszu w mieszkaniu, nie wiedząc gdzie znajdują się potrzebne nam rzeczy, z trudem poskładaliśmy bagaże. Weekendowa impreza z kochanymi przyjaciółmi również nie ułatwiała sprawy. :)

Odpalamy nasze maszyny, a tu? Niespodzianka. Mój Trampeczek nie działa. Akumulator padł. No tak, tyle czasu nie jeździłam na moim motku, że prawie zapomniałam jak to się robi. Nie ukrywam, że pierwsze kilometry podróży były tak pokraczne, że zastanawiałam się czy nie powinnam wrócić do domu.

Wyjechaliśmy poza miejskie zabudowania, chmury złowrogo wiszące nad smutnym Zgierzem zaczęły się przerzedzać, a zapach świeżo skoszonego siana uderzył w moje nozdrza niczym fala sejsmiczna. To jest to za czym tak tęskniliśmy, wąska, kręta ścieżka wiodąca przez małe wioseczki, słońce na niebie, delikatny wiatr i wolność. 

Pochylone od ciężaru ziarenek słoneczniki, z przywiędłymi liśćmi kłaniały się nam, wyginając swe mizerne już łodyżki. Złote rżyska i zaorane pola przypominały, że jesień puka mocno do polskich drzwi. Powietrze również nie było ciepłe i przyjemne jak po letniej burzy, a  ostre i rześkie, przewlekane dymem z palących się kartoflisk oraz nieciekawym zapachem nawozu rozrzuconego  po polach w ogromnej ilości.
Mimo to jechało się dobrze. 

Zbliżał się wieczór, a mój Trampeczek zaprotestował po raz kolejny, obrotomierz zatrzymał się w jednej pozycji, jeden z cylindrów odmówił posługi. :) W Trzebnicy czekał na nas Grześ z uroczą rodziną i leciwym psiakiem. No nic, jakoś doturlamy się na nocleg, a później będziemy myśleć: czy wymienić moduł, czy po prostu przeczyścić złącza...

Rodzina przyjęła nas po królewsku, przepyszna kolacja i domowej roboty nalewki, oprawiły nasz pierwszy urlopowy nocleg w cudną ramę wypoczynku. Rozmowy, żarty i opowieści toczyły się dłużej niż powinny, wszak rodzina wstawała bardzo wcześnie do pracy. Rosa i chłód zagoniły nas wreszcie do snu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz