Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 24 stycznia 2016

Tedziowy zawał.




Rano wszystko swędziało nas jak diabli, komarzyska nas pogryzły czy co? To nie były komary, równomierne, krwistoczerwone ugryzienia sugerowały ukąszenia pluskiew. „Fajny” motel, nie polecam. Podałabym Wam adres, niestety nie mam zielonego pojęcia, gdzie to było. Pamiętam tylko, że naprzeciwko budynku znajdował się pomnik poświęcony chłopakowi, który zginął w tamtym miejscu. Nie dość, że pluskwy to jeszcze nasze żołądki rozpoczęły protest, dzień zaczęliśmy od długiej wizyty w toalecie. Na szczęście byliśmy przygotowani na taką okoliczność, więc wyciągnęłam z apteczki lek na ewentualność laksacji. :)

Szybko uciekaliśmy, zapakowaliśmy nasze rzeczy na motocykle i lekko zestresowana podjazdem na trasę zaczęłam panikować, że stamtąd nie wyjadę. Mój mąż bohater, stwierdził tylko: „Ivan przejechałaś tyle kilometrów po znacznie gorszych tarasach, to stąd nie wyjedziesz?” Miał rację, pomógł mi wymanewrować na wąskim kawałeczku parkingu i spokojnie, bez problemów wjechałam na górę.

Tego dnia trasa była o niebo atrakcyjniejsza, pojawiły się zakręty, pagórki, koleiny po TIRach, coś się w końcu działo. Nie wiedzieliśmy wtedy ile atrakcji jeszcze na nas czekało. Dla odmiany i mój Trampek odrobinę zaprotestował, kilkanaście kilometrów przejechałam na jednym cylindrze. Czyżby problemy z modułem zapłonowym? Teraz mnie szarpało i powiem Wam, że współczułam mężowi, że te tysiące kilometrów pokonywał, bez mrugnięcia okiem. Ech mój Ziółek, zaciśnie zęby i pokona wszystko.

Po uzupełnieniu paliwa w bakach, zrobiliśmy sobie przerwę, po krótkiej chwili na pięknym chopperze dołączyła do nas para Polaków wracających z Krety. Byli zawiedzeni swoimi wakacjami, nie podobało im się w Grecji, głównie z powodu wypadku, którego byli świadkami. Zniesmaczeni brakiem reakcji miejscowych na udzielenie pomocy rannemu, zdecydowali, że nie wrócą już do tego kraju. Sami zadbali o karetkę, a potem odwiedzali poszkodowanego turystę w szpitalu. Nie podobał im się również stan dróg na płatnych autostradach. Cóż, nas od miejscowych spotykały same życzliwości, pomijam tu fakt nieudanych napraw, ale może po prostu oni źle trafili. Mimo narzekań z ich strony i tak gaworzyło się miło, w ojczystym języku, gdzieś daleko od ojczyzny.

Na jednej z krętych i mocno uczęszczanych części trasy, Łukasz nagle zjechał na pobocze po drugiej stronie. O nie znowu?! Przeczekałam miliony samochodów i wjeżdżając na pustą szosę zawróciłam do niego, by zbadać sprawę. A ten Łobuz oznajmił mi z uśmiechem, że tylko zapomniał włączyć kamerki. Odetchnęłam z ulgą. Ponieważ już się zatrzymaliśmy, zrobiliśmy krótki postój, by rozprostować kości. W międzyczasie przejechał obok nas barwny korowód jakiegoś wesela. Ludzie w autach trąbili do nas i wystawiając wszystkie możliwe kończyny przez opuszczone szyby, machali do nas pozdrawiając serdecznie. Mijaliśmy się z nimi kilkukrotnie i za każdym razem, sytuacja wyglądała tak samo radośnie.

Byliśmy jakieś 150 kilometrów przed Belgradem, kiedy nagle z rury wydechowej Tedzi uniosła się chmura czarnego dymu, dało się też usłyszeć dudnienie. Spostrzegłam, że Ziółek znacząco zwalnia i w końcu zatrzymuje się na poboczu. Po chwili podbiegam do niego i słyszę: „No to koniec podróży.” Kompletna pustka, wokoło absolutnie żadnych zabudowań, zero cienia, ani jednego zjazdu, my stoimy na autostradzie w upale, a TDMa nie reaguje na żadną próbę wskrzeszenia. Nic. Nie wydaje z siebie kompletnie żadnego dźwięku, nawet cichutkiego rzężenia. Kompletna cisza.

Wtem zupełnie znikąd pojawiła się laweta. Łukasz zdążył unieść w górę ręce i zasygnalizować, że potrzebujemy pomocy. Cofają po nas! Nie będzie tak źle! Panowie zbadali sytuację, wtoczyli umarłą Tedzię na przyczepę ratunkową i podwieźli nas 22 kilometry do najbliższego serwisu. Uf, co by było gdyby się nie zatrzymali? Panowie z warsztatu popatrzyli na nas, na nasze motocykle i od razu powiedzieli, że nie mamy co na nich liczyć, nie znają się na takich maszynach i nie potrafią nam pomóc, mogli zadzwonić po jakiegoś mechanika z miasta, ale naprawa byłaby na pewno bardzo kosztowna. Łukasz niesiony strzałem adrenaliny i zwątpienia, sam dorwał klucze i zaczął rozkręcać Tedzię, akcja „resuscytacyjna” zakończyła się fiaskiem. Pękł wał korbowodowy.

Nie wiem co mną wtedy kierowało, ale wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem. Przecież to musiało się tak skończyć, ale żadne z nas nie chciało wierzyć, że niezawodna dotąd Tedzia, może się zepsuć. Pamiętam jak Łukasz cieszył się, że gdy wrócimy do domu, licznik wróci do pozycji 0 i zacznie liczyć kilometry na nowo. Nie doczekał się tej chwili. Siedziałam na starej, drewnianej ławeczce obserwując jak Ziółek podejmuje ostatnie próby reanimacji, popijając mocną fusiastą kawę, którą dobrodziej - właściciel zaparzył specjalnie dla nas.

No to jesteśmy w d... . Co teraz? Możliwości były dwie: zostawiamy wrak TDMy w krzakach, razem z rzeczami, które nie będą nam niezbędne i wracamy oboje na Trampku, albo zwołujemy akcję ratunkową. Po przeanalizowaniu kosztów, zdecydowaliśmy się na druga opcję. Tylko kto ma hak, przyczepę i możliwość przyjazdu. Wybór padł na naszych najbliższych przyjaciół, zadzwoniłam do Bartka (pseudonim Wąski) i opowiedziałam całą historię, na początku zaskoczony chłopak nie był skłonny do przyjazdu. Nigdy nie podróżował dalej niż nad Balaton. Lekko podłamana wykonałam drugi telefon do mojego instruktora jazdy, Tomka. I już pomoc byłaby w drodze, gdyby nie fakt, że miesiąc temu Tomaszowi skończyła się ważność wszystkich dokumentów tożsamości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz